Polish Student Organization

PSO jest organizacją zrzeszającą studentów i absolwentów uczelni nowojorskich oraz z okolic Nowego Jorku. Naszą misją jest integrowanie młodych ludzi polskiego pochodzenia oraz szerzenie informacji na temat możliwości wyższego wykształcenia w Stanach Zjednoczonych wśród Polonii amerykanskiej. Poprzez organizowanie wydarzeń kulturalnych oraz sesji informacyjnych, propagujemy znaczenie wyższej edukacji oraz jednoczymy młodych ludzi pragnących dzielić się swoimi doświadczeniami. Od dłuższego już czasu jesteśmy ważnym źródłem informacji o studiach w Ameryce, zaś jednym z naszych priorytetów jest rozwinięcie naszego programu stypendialnego dla studentów polskiego pochodzenia.

Nasza strona w dużej mierze odzwierciedla naszą działalność. Możecie tu znaleźć informacje o naszej organizacji, nadchodzących wydarzeniach, a także o amerykańskim systemie edukacji i o tym jak dostać się na studia w USA.

Wszystkich, ktorzy dysponuja chwila wolnego czasu i pokladami energii, albo tych  ktorzy chca nas dopingowac i wspierac nas duchowo, zapraszamy do wstapienia w szeregi PSO. Stancie sie czescia wyjatkowej i jedynej w swoim rodzaju organizacji polonijnej non-profit, ktora juz od przeszlo dwudziestu lat sluzy niestrudzenie wszystkim, ktorzy tego potrzebuja. Stan sie jednym z czlonkow naszej wielkiej rodziny, baw i ucz sie sie razem z nami. Spedzaj swoj wolny czas w doborowym towarzystwie i poznawaj ludzi, ktorych nie spotkasz nigdzie indziej!

ZAPRASZAMY!!!

Organizacja Studentów Polskich

Część 7 – “Świetne wykształcenie z dala od czołówki rankingów”

ELITARNE UCZELNIE USA

Część VII – “Świetne wykształcenie z dala od czołówki rankingów”

Autor:  Katarzyna Kowalska
Data publikacji: maj 2006.


Niniejszy tekst był pierwotnie opublikowany jako artykuł w Nowym Dzienniku.


Z czego słynie Reed College? Mało kto (nawet wśród wykształconych Amerykanów) zdaje sobie sprawę, że jest to trzecia w kraju uczelnia (za CalTechiem i Harvey Mudd College w Kalifornii) pod względem procentu absolwentów, którzy zdobywają w przyszłości doktoraty. Jest też jedyną, której nazwa pojawia się w pierwszej dziesiątce Alma Mater doktorów z wszystkich dziedzin. Ale o Reed College ogólnie mało kto słyszał i nie jest to uczelnia ogólnie uważana za elitarną.

W klasyfikacji “Weighted Baccalaureate Origins Study” autorstwa Higher Education Data Sharing Consortium (konsorcjum wymiany danych instytucji szkolnictwa wyższego) w pierwszej dziesiątce uczelni kształcących przyszłych doktorów (w przeliczeniu na liczbę studentów ogółem) nawet nie pojawia się nazwa Harvardu czy Princeton. Jedyną uczelnią Ligi Bluszczowej na tej liście jest Yale. Z innych renomowanych prywatnych uczelni znajdziemy tam też CalTech, MIT i University of Chicago. Z czołowych college’ów liberal arts na listę trafiły Swarthmore i Carleton.

Inne nazwy na liście: Reed, Bryn Mawr, Harvey Mudd i Oberlin, to również świetne college’e liberal arts, tyle że poza ścisłą czołówką. W rankingu US News & World Report Harvey Mudd jest 16, Bryn Mawr 21, Oberlin 23, a Reed 53 wśród college’ów liberal arts.

Rankingi kontra osiągnięcia

Mały St. John’s College z Annapolis (MD) wg US News znajduje się w trzeciej lidze college’ów liberal arts. Jest on też pierwszym w kraju w kategorii procentu absolwentów zdobywających doktoraty z filologii angielskiej i nauk humanistycznych ogółem.

Na liście czołowych uczelni kształcących przyszłych doktorów w różnych dziedzinach wiedzy znajdziemy też szkoły takie jak Grinnell College (antropologia, lingwistyka, historia, języki obce, fizyka, biologia i chemia; 16 w rankingu US News), Kalamazoo College (nauki biologiczne, chemia i języki obce; pozycja 53 – ex aequo z Reed – na liście US News), Wabash College (chemia, fizyka; 48), Earlham College (biologia; 70), Bennington College (filologia angielska, języki obce; 96), Hampshire College (medycyna; 101) i Marlboro College (fizyka; trzecia liga).

Oczywiście procent doktoratów zdobytych przez absolwentów danej uczelni nie jest jedynym miernikiem jakości wykształcenia i osiągnięć byłych studentów. Loren Pope w swojej książce “Looking Beyond the Ivy League. Finding the College That’s Right For You” (“Szukając poza Ligą Bluszczową. Jak znaleźć college odpowiedni dla Ciebie”) sprawdził, które uczelnie procentowo (w stosunku do liczby absolwentów) mają najwięcej notowań w amerykańskim “Who’s Who” (“Kto jest kto”).

Pierwsze 5 miejsc na liście zajęły kolejno: Yale, Harvard, Princeton, University of Chicago i CalTech. Następne 3 miejsca też nikogo raczej nie zdziwią: Amherst i Williams College (dwa czołowe college’e liberal arts) oraz Columbia. Od 9-go miejsca zaczynają się niespodzianki: obok Swartmore zajmuje je CCNY (City College, część CUNY, miejskiego uniwersytetu nowojorskiego).

Na kolejnych pozycjach, obok uczelni z czołówki, omawianych w poprzednich odcinkach tej serii, znajdziemy i te, już znajome nazwy: Oberlin (15), Reed (16; ex aequo ze Stanfordem), Wabash (24), St. John’s College (25), Grinnell (40) i Bryn Mawr (43). Wbrew ogólnym oczekiwaniom pierwszej pięćdziesiątki nie dominują wcale renomowane uniwersytety, ale właśnie niewielkie college’e liberal arts, i to niekoniecznie tylko te z samej czołówki.

Problem z rankingami

Dlaczego taka rozbieżność między osiągnięciami absolwentów a rankingami? Wynika ona głównie z tego, że rankingi nie zwracają uwagi na trudno mierzalne wyniki edukacji (stopnie naukowe, wybitne osiągnięcia czy zarobki absolwentów). Zamiast tego patrzą się na “jakość” przyjętych kandydatów (weryfikowaną przez ich wyniki egzaminu SAT, ich pozycję w rankingu szkolnym oraz przez selektywność uczelni) i na “jakość” edukacji (której to mierniki to procent studentów kończących studia w 6 lat, liczebność grup wykładowych, wykształcenie profesorów i środki finansowe uczelni).

Jednakże ta metodologia nie pozwala zmierzyć prawdziwej jakości kandydatów. Ranking klasowy niewiele powie na temat różnicy między prymusem z wielkomiejskiej szkoły w podupadłej dzielnicy a przeciętnym uczniem z liceum dla zdolnej młodzieży. Wyniki SAT są w miarę obiektywne, ale nie wszystkie uczelnie o nie proszą; wiadomo też, że SAT nie jest miernikiem inteligencji, za jaki się uważa, i że wyniki egzaminu można sporo poprawić dzięki drogim kursom przygotowawczym.

Wreszcie selektywność uczelni też nie zawsze jest prawdziwym wskaźnikiem jej jakości. Pamiętamy przypadek University of Chicago, który z 40% wskaźnikiem przyjęć wydawał się być znacznie mniej selektywny od innych uczelni z czołówki. Coż, Chicago przyjmuje “tylko” 4 z 10 kandydatów (a nie 1 jak Harvard czy Princeton) m.in. dlatego, że podania na tę uczelnię składają tylko ci śmiałkowie, którzy nie boją się intensywnego programu studiów.

Podobnie jest z cytowanym już wyżej w tym artykule St. John’s College. Owszem, aż 73% kandydatów dostaje się na tą uczelnię. Wynik na poziomie lokalnej uczelni publicznej. A powód? Na St. John’s studenci przez cztery lata czytają 100 książek – dogłębnie, dyskutując o nich na seminariach i prywatnie. Te książki to kanon zachodniej cywilizacji (w tym również “O obrotach sfer niebieskich” Kopernika). Oprócz tego wszyscy studenci biorą dwa lata greki i dwa francuskiego; cztery lata matematyki; cztery lata nauk ścisłych; dwa lata muzyki (w tym kompozycję). I tu niska selektywność uczelni to raczej wynik braku śmiałków zdecydowanych na spędzenie czterech lat życia głównie na takim kampusie, a nie kwestia jakości nauczania.

Uczelnie zmieniające życia

“Colleges That Change Lives” to tytuł kolejnej książki Lorena Pope’a, dziennikarza i doradcy edukacyjnego, jednego z najbardziej znanych apologetów korzyści z edukacji liberalnej (liberal arts) w Stanach. Pope omawia 40 uczelni, które niekoniecznie są renomowane i niekoniecznie tylko dla najzdolniejszych (wszystkie college’e na liście Pope’a przyjmują uczniów ze średnią od 3 do 5, czyli na tutejsze warunki od C do A), ale które oferują wysokiej jakości wykształcenie.

Przez to ostatnie Pope rozumie wykształcenie skoncentrowane na studencie i jego potrzebach, pozwalające na wydobycie ze studenta jego najlepszych stron i rozwinięcie jego umiejętności i pewności siebie. A to oznacza najczęściej małą uczelnię, nastawioną na dydaktykę, a nie głównie na badania naukowe; uczelnię premiującą osiągnięcia intelektualne, a nie sportowe (co bywa problemem na duzych kampusach stanowych uniwersytetów); i, oczywiście, uczelnię oferującą liberalne wykształcenie, a nie przyuczającą do zawodu.

Choć na liście 40 uczelni Pope’a nie znajdziemy ani jednej szkoły z pierwszej dziesiątki na listach US News & World Report, zobaczymy tu kilka znanych już nazw: Reed, Earlham, Kalamazoo, Marlboro, St. John’s. Uczelnie te zmieniają życia nastolatków, bo oferują im mocną dawkę rozwoju intelektualnego w przyjaznej atmosferze, otwierają młodych Amerykanów na świat, wzmacniają ich poczucie własnej wartości i pewności siebie i oferują możliwość zawarcia głębokich przyjaźni z innymi studentami. Ewenementem jest cytowana przez Pope’a mocna więź, również intelektualna, łącząca absolwentów tych szkół.

Tak więc pomimo braku renomy tych uczelni ich absolwenci są nieraz bogatszymi intelektualnie ludźmi niż studenci nawet i szkół Ligi Bluszczowej; mają większe szanse zrobić doktorat niż absolwenci wielu renomowanych uczelni; dostają się bez problemów do szkół medycznych czy prawa; wpływają na rozwój Ameryki (i w końcu lądują w “Who’s Who”). Z dala od utartych szlaków Ligi Bluszczowej college’e te również kształcą przyszłą elitę Ameryki.

Coś dla każdego

Intelektualiści powinni zainteresować się St. John’s College lub Reed College. O programie pierwszego pisałam już wyżej (tak naprawdę St. John’s to dwa kampusy: jeden w Annapolis, MD, drugi w Santa Fe, NM). Oba kampusy są bardzo małe – około 500 studentów, zajęcia prowadzone są w niewielkich grupkach 12-15 studentów, a dyskusje na temat “wielkich ksiażek” wychodzą poza wykłady. Książki są w centrum życia St. John’s; na kampusie nie ma praktycznie innych rozrywek (nie ma typowej w college’u rywalizacji sportowej, życia “greckiego” itp.).

Podobnie jak St. John’s Reed również wymaga od wszystkich studentów zaliczenia “wielkich książek”, choć poza tym ma też tradycyjne kierunki studiów. Ani na Reed, ani na St. John’s nie ma oficjalnych ocen, choć na Reed są one zapisywane na pożytek studenta.

Uczniowie, którzy nie boją się być autorami swoich programów studiów, mogą się zainteresować Hampshire College (MA), Marlboro College (VT) i Bard College (NY). Z tych trzech Marlboro jest najmniejszy – uczelnia liczy jedynie 336 studentów. Prawie połowa z nich w którymś momencie studiuje lub pracuje na uniwersyteckim stażu za granicą w jednym z 50 krajów współpracujących z uczelnią. Marlboro położone jest na odludziu w górach w New Hampshire, co daje też studentom okazję do wypróbowania sił w turystyce górskiej, kajakarstwie itp. Na kampusie panuje niemal pełna demokracja – o większości spraw uczelnianych decyduje się na ogólnych zebraniach administracji, profesorów i studentów.

W porównaniu z Marlboro Hampshire leży nie tylko w centrum cywilizacji, ale i jest olbrzymem (1260 studentów), nie biorąc pod uwagę nawet tego, że jest członkiem konsorcjum pięciu college’ów w Amherst, MA (pozostali to Amherst, UMass – Amherst, Mount Holyoke i Smith). Wszyscy studenci 5 uczelni mogą chodzić na zajęcia na którejkolwiek z nich. Studenci Hampshire również całkowicie kształtują swoją edukację, ale dodatkowo muszą też obronić pracę dyplomową własnego wyboru. Podobnie jak Reed i St. John’s Hampshire nie ma tradycyjnych stopni.

Na społeczników, zaangażowanych i nietradycyjnych czeka Antioch i Oberlin. Antioch zajął w zeszłym roku pierwsze miejsce w kategorii “uczelni wzbogacającej życie” w badaniach National Survey of Student Engagement (narodowych badań w zaangażowanie studentów [w życie uczelni]). Założony w 1852 r. college szczyci się mottem swojego pierwszego rektora, Horace’a Manna, “wstydź się umrzeć dopóki nie osiągnąłeś czegoś dla ludzkości”.

Studenci Antioch na przemian uczą się i pracują w ramach college’owego programu stażów (co-op). Wielu z nich wyjeżdża też na program za granicą. Obowiązkowo piszą prace dyplomowe (praktyka zaniechana na wszystkich uczelniach Ligi Bluszczowej poza Princeton) – co nie dziwi, biorąc pod uwagę, jak wielu absolwentów Antioch kontynuuje studia na poziomie doktoranckim.

Oberlin podobnie kształci osoby zaangażowane w ulepszanie świata, co wynika m.in. z jego historii. Założony w 1835 r. college już dwa lata później otworzył swoje wrota dla studentów innych ras. Pierwsze trzy kobiety, które uzyskały w USA stopień bakałarza, ukończyły właśnie Oberlin (w 1841 r.). Podobnie też Oberlin nie dyskryminował żydów (podczas gdy na uczelniach Ligi Bluszczowej de facto numerus clausus obowiązywał jeszcze do początku II wojny światowej).

Wydany wspólnie przez Newsweek i Kaplana przewodnik “America’s Hottest Colleges 2005″ wymienia Oberlin wśród 25 najbardziej pożądanych uczelni jako raj dla indywidualistów (studenci Oberlin mogą m.in. sami tworzyć własne wykłady). Oberlin tak naprawdę składa się z dwóch szkół: college’u i konserwatorium muzycznego, jednego z najlepszych w USA (na kampusie znajduje się też wspaniałe muzeum sztuki). Pod względem absolutnej liczby absolwentów, którzy otrzymują później doktoraty, Oberlin jest pierwszy spośród wszystkich college’ów liberal arts.

INFORMACJE O “UCZELNIACH ZMIENIAJĄCYCH ŻYCIA”

Colleges That Change Lives (www.ctcl.com)
Strona internetowa konsorcjum 40 “college’ów zmieniających życia” z listy w książce pod tym samym tytułem autorstwa Lorena Pope’a. Objaśnienie pojęcia “college’u zmieniającego życia”, informacje o 40 uczelniach i linki na ich strony własne.

Loren Pope, Colleges That Change Lives. $15.00
Podtytuł książki to “40 uczelni, o których powinieneś wiedzieć, nawet jeśli nie masz samych piątek”. Pope przekonuje do swojej wizji świetnej edukacji: w małym college’u oferującym wykształcenie liberalne (liberal arts), gdzie w centrum zainteresowania adminsitracji i wykładowców jest student undergraduate, gdzie ceni się osiągnięcia intelektualne, dyskusję i wiedzę. Książka o tyle różni się od innych tego typu, że Pope poleca nie “ukryte Bluszcze”, na które i tak niezmiernie trudno się dostać, ale uczelnie, które przyjmą niemal każdego kandydata, o ile tylko chce się uczyć – jest więc to dobry przewodnik dla uczniów nawet trójkowych.

Jay Mathews, Harvard Schmarvard. $14.95
Podtytuł “Sięgając poza Ligę Bluszczową, aby znaleźć uczelnię właściwą dla Ciebie” mniej więcej oddaje ducha książki. Mathews, podobnie jak Pope, radzi nie ulegać presji opinii znajomych (w domyśle Amerykanów z klasy średniej i wyższej), dla których jedynie ulokowanie dziecka w którejś z najbardziej renomowanych uczelni stwarza powód do dumy. Autor z humorem demitologizuje rankingi uczelni i proces rekrutacji na elitarne uniwersytety. Książka zawiera listę 100 ciekawych uczelni spoza czołówki rankingów (w tym publicznych oraz dużych – dwie kategorie pominięte przez Pope’a), które wychowują studentów “na ludzi”.

Greene’s Guides. The Hidden Ivies. $14.95
Nieco bardziej standardowy przewodnik po 30 świetnych uczelniach poza Ligą Bluszczową. Autor definiuje wskaźniki jakości uczelni, a następnie opisuje 30 wybranych szkół wyższych pod tym właśnie kątem. Wymienione uczelnie należą w większości do czołowych uniwersytetów prywatnych i college’ów liberal arts.