Polish Student Organization

PSO jest organizacją zrzeszającą studentów i absolwentów uczelni nowojorskich oraz z okolic Nowego Jorku. Naszą misją jest integrowanie młodych ludzi polskiego pochodzenia oraz szerzenie informacji na temat możliwości wyższego wykształcenia w Stanach Zjednoczonych wśród Polonii amerykanskiej. Poprzez organizowanie wydarzeń kulturalnych oraz sesji informacyjnych, propagujemy znaczenie wyższej edukacji oraz jednoczymy młodych ludzi pragnących dzielić się swoimi doświadczeniami. Od dłuższego już czasu jesteśmy ważnym źródłem informacji o studiach w Ameryce, zaś jednym z naszych priorytetów jest rozwinięcie naszego programu stypendialnego dla studentów polskiego pochodzenia.

Nasza strona w dużej mierze odzwierciedla naszą działalność. Możecie tu znaleźć informacje o naszej organizacji, nadchodzących wydarzeniach, a także o amerykańskim systemie edukacji i o tym jak dostać się na studia w USA.

Wszystkich, ktorzy dysponuja chwila wolnego czasu i pokladami energii, albo tych  ktorzy chca nas dopingowac i wspierac nas duchowo, zapraszamy do wstapienia w szeregi PSO. Stancie sie czescia wyjatkowej i jedynej w swoim rodzaju organizacji polonijnej non-profit, ktora juz od przeszlo dwudziestu lat sluzy niestrudzenie wszystkim, ktorzy tego potrzebuja. Stan sie jednym z czlonkow naszej wielkiej rodziny, baw i ucz sie sie razem z nami. Spedzaj swoj wolny czas w doborowym towarzystwie i poznawaj ludzi, ktorych nie spotkasz nigdzie indziej!

ZAPRASZAMY!!!

Organizacja Studentów Polskich

Nasze historie

Historia Dominiki: Szukajcie a znajdziecie

Pazdziernik 2006.

Ponizszy tekst zostal wyrozniony w konkursie “Jak dostalem sie na studia/prace w USA” 2006.

To mialy byc tylko wakacje nad Atlantykiem. Nie bylo mowy o pilnowaniu dzieci, studiach i wyprowadzce z Ojczyzny. 17 czerwca 2002 wyladowalysmy z Magda na lotnisku Kennediego. Magda to moja pokrewna dusza, wiecej niz najlepszy przyjaciel. Dwa dni w Nowym Jorku i autobus do Cape May. Praca w McDonald’s, standard w Work&Travel. W miedzyczasie przedzwonilam do krewnej w Filadelfii. Grazyna zaproponowala, zebysmy zamiast do Cape May przyjechaly do niej. Znajdzie nam prace jako opiekunki do dzieci, robota bedzie lzejsza, placa lepsza, i nie bedzie smrodu spalonego oleju i jedzenia byle czego.

I tak sie zaczelo. Dostalam prace w centrum miasta, Magda na obrzezach, ale i tak widywalysmy sie czesto. Imprezy, nowi znajomi, swietna zabawa. Wciagnelo mnie to bardziej niz Magde, która zaraz po wakacjach wrócila na UAM do Poznania. Ja pomyslalam, ‘zostane rok i zarobie na mieszkanie’. Zalatwilam zmiane wizy z J-1 na B-2 i mialam legalny pobyt do konca marca. Sprowadzilo sie to do wyslania aplikacji z prosba o zmiane i zaplacenia oplaty. ‘Zastanowie sie potem, co dalej’, pomyslalam. Mijaly dni i tygodnie. Bardzo zaprzyjaznilam sie z amerykanska rodzina, u której mieszkalam, wychowujac dwie dziewczynki, Nicole i Olivie. Julie i Jerry, rodzice dziewczynek, od poczatku byli wspaniali. To oni podsuneli mi pomysl rozpoczecia w USA studiów. Na poczatku zupelnie nie bylam do tego przekonana. Mialam juz skonczone dwa lata na AE w Poznaniu i tesknilam za Polska i moim starym zyciem.

Jednakze i tak nudzilam sie jak dzieciaki byly w szkole, wiec postanowilam przygotowac sie do TOEFLa. Po miesiacu zdalam test z zaskakujaco dobrym wynikiem i zupelnie nie myslac, co z tego wyniknie, zlozylam papiery do Temple University w Filadelfii. Pare tygodni pózniej dostalam zawiadomienie, ze przyjeto mnie od razu na trzeci semestr. Z Poznania zaliczono mi wiekszosc przedmiotów po uprzedniej ewaluacji dyplomu przez WES. Zawsze to zaoszczedza troche czasu i pieniedzy, i nie ma sie poczucia, ze dwa lata pracy poszly na marne.

W marcu 2003 wrócilam do Polski po wize studencka. Rok na Temple uplynal szybko i pod znakiem znowu dobrej zabawy. Jeszcze wiecej znajomych i imprez, a w miedzyczasie praca (dla tej samej rodziny) i troche nauki. Ze srednia bliska 4.0 po pierwszym semestrze zaczelam sie zastanawiac nad przeniesieniem. Po raz drugi to Julie i Jerry popchneli mnie do zlozenia aplikacji do Wharton School of Business na University of Pennsylvania. Pomyslalam sobie, ze zwariowali. Numer jeden uczelnia biznesowa w USA i niby ja mam sie tam dostac??? Ale co tam, odkad pamietam fuks mi dopisywal w zyciu. ‘Nic nie trace’, pomyslalam. Po miesiacu przygotowan zdalam SAT. Wynik byl zaskakujacy nawet dla mnie, i nawet po wkalkulowaniu niezawodnego dotad fuksa. Duzo bylo papierkowej roboty z cala aplikacja, lacznie z moja mama biegajaca za anglistka z mojego liceum i wychowawczynia, które pisaly listy polecajace, i dwoma listami polecajacymi z Temple. Przez wszystko jakos udalo sie przebrnac. Wharton widac bylo mi pisane.

Mysle, ze bardzo pomógl mi fakt, ze jestem Polka. Tego roku przyjeto na Penn tylko jedna osobe z Polski. Na Wharton bylam chyba jedyna dziewczyna z Polski na wszystkich czterech latach. To zapewne pomoglo mi bardziej niz dobre wyniki i listy polecajace. Nie dostalam jednak zadnej pomocy finansowej. Julie i Jerry zaproponowali, ze pozycza mi pieniadze na szkole, a ja im bede splacac nadal opiekujac sie dziewczynkami. Czy wspominalam juz o tym, ze jestem fuksiara? Tak, chociaz jak to mawia mój tata, nie jest mozliwe miec fuksa bez przerwy. Czyzby?

Niedawno pozegnalam sie na lotnisku w Filadelfii z rodzicami. Przylecieli do mnie na ceremonie zakonczenia. Dedykowalam im mój dyplom. To dzieki ich wsparciu i wierze w moje sily (i mózg:) przetrwalam ostatnie cztery lata. Po tacie odziedziczylam podejscie do zycia z dystansem i skupienie na ostatecznym celu, ale to po mamie mam sile przebicia i nosi mnie w swiat:. Tak trudno zawsze rozstawac sie z najblizszymi. Mam wrazenie, ze za kazdym razem peka mi serce z bólu i ze tym razem juz jego malutkie kawaleczki nie znajda drogi, zeby znowu stworzyc calosc. Ale potem sobie mysle, ze w Polsce nigdy by nie bylo mnie stac na kupienie tacie samochodu, o czym marze od dziecka, albo zafundowania rodzicom wczasów na Majorce na ich 30-lecie slubu. Hm, zostalo mi na zebranie pieniedzy póltora roku. Tata z autem bedzie musial zaczekac troche dluzej:. I nadal planuje powrót do Europy. Chce byc blizej rodziny, móc pojechac do domu na weekend. Wróce tam.

W niedziele 14 maja odebralam dyplom ukonczenia Wharton. Dwa lata na Wharton byly okropnie ciezkie. Nauka nocami, zajecia i praca za dnia, spotkania i projekty grupowe w weekendy, maraton wycienczenia, niespania i bieganiny. Sa to najbardziej intensywne i niesamowite lata mojego zycia. Proces zaliczania przedmiotów z dwóch poprzednich szkól byl nieco bardziej skomplikowany niz na Temple. O kazdy przedmiot musialam walczyc w odrebnym departamencie, przywozilam notatki i ksiazki z Polski z Akademii Ekonomicznej. Paradoksalnie chetniej zaliczano mi przedmioty z Polski niz z Temple. Moze dlatego, ze trudniej bylo ocenic wyklady w obcym jezyku. Ale przez wszystko udalo mi sie znowu jakos przebrnac.

W zeszlym tygodniu przeprowadzilam sie do Nowego Jorku, podazajac za moja przybrana rodzina, u której mam dlug wdziecznosci, no i dlug w dolarach, równie spory. Wlasnie polozylam spac Olivie. W czerwcu lece do Polski. Magda bierze slub:. We wrzesniu zaczynam prace w Nowym Jorku. Znowu zacznie sie gmatwanina z papierkowa robota ze zmiana wizy i pozwoleniem na prace. Ale i przez to trzeba jakos przebrnac.

Patrze na te cztery lata i sama siebie zadziwiam. Ciagle sie slyszy, ze wystarczy czegos bardzo chciec i wtedy sie to osiagnie. Ale czasami bywa tak, ze trzeba przeznaczeniu dac odetchnac i poddac sie chwili. Ja naprawde uwazam, ze byl to ciag zbiegów okolicznosci i farta. Ale jedno musze sobie przyznac. Nieustannie w zyciu szukam nowych wrazen. Trzeba ciagle szukac, szukac nowych wyzwan, nowych sposobów, nowych dróg, nowych zakretów, nowych ludzi… Moze na tym opiera sie recepta sukcesu. Im wiecej szukasz, tym wiecej znajdujesz. A im wiecej znajdujesz, tym wieksza szansa, ze posród ogromu badziewia znajda sie perly.

Dominika

dominikabe@gmail.com


Historia Natalii – AuPair z Kalisza tez moze studiowac w Nowym Jorku

Pazdziernik 2006.

Ponizszy tekst zostal wyrozniony w konkursie “Jak dostalem sie na studia/prace w USA” 2006.

Do Stanow Zjednoczonych przylecialam w lipcu 2000 roku w ramach programu Au Pair. Jako babysitter pracowalam w sumie przez trzy lata zanim zlozylam aplikacje o przyjecie na studia. Process ten zajal mi okolo pol roku poniewaz oprocz zdania egzaminu TOEFL musialam jeszcze dolaczyc przetlumaczone na jezyk angielski swiadectwa z Polski.

Zaczne jednak od poczatku calego procesu. Poniewaz geografia i nauki o Ziemi byly moja pasja od dziecka to wlasnie ten kierunek wybralam i studiowalam przez rok w Polsce na Uniwersytecie Wroclawskim (ktory udzielil mi rocznej przerwy na pobyt w USA). Dlatego tez nie bylo watpliwosci co do kierunku moich studiow w Stanach – geografia lub geologia. W pierwszej kolejnosci skupilam sie wiec na poszukiwaniu uczelni, ktora oferuje program w tej dziedzinie, konczacy sie uzyskaniem licencjatu (B.A. lub B.S.). Dodatkowymi kryteriami byly tez: cena, dlugosc przewidywanych studiow oraz rodzaje klas i specjalizacji, lokalizacja uczelni, jej prestiz oraz to czy i na jakich zasadach przyjmowani sa tam zagraniczni studenci, w szczegolnosci nie posiadajacy juz waznej wizy.

Po ustaleniu kryteriow, wg ktorych mialam oceniac potencjalne uczelnie wpisalam je w wyszukiwarke Google. Wynikiem bylo kilkadziesiat uczelni w okolicach NY-NJ-CT. Wiekszosc z nich odrzucilam po wstepnym przegladzie lokalizacji i oferowanego programu, kilka kolejnych odpadlo ze wzgledow cenowych. W konsekwencji zdecydowalam sie skupic na SUNY w Binghamton (State University of New York) i kilku koledzach CUNY (City University of New York). Studia w Binghamton, choc oferujace szeroki i bardzo ciekawy program, wiazaly by sie dla mnie a przeprowadzka w wyzsze partie stanu Nowy Jork i w zwiazku z tym z koniecznoscia podjecia nowej pracy w nowym, nieznanym regionie. Byly one tez nieznacznie drozsze. Ostatecznie zdecydowalam sie na wypelnienie aplikacji do CUNY.

Poniewaz potraktowano mnie jako ‘transfer student’, czyli ktos kto juz gdzies cos studiowal, mialam opcje wyboru do trzech uczelni w ramach CUNY. Porownalam wiec programy pomiedzy tymi uczelniami CUNY, ktore oferowaly interesujacy mnie kierunek. Porowywanie tych uczelni odbywalo sie przez: osobiste wizyty szkol w czasie tzw. dni otwartych, przegladanie katalogow z klasami, studiowanie wymagan dotyczacych tzw. ‘required classes’ oraz czesciowo lokalizacji uczelni. Ostatecznie wybralam trzy najbardziej mi odpowiadajace koledze.

Kolejnym etapem bylo udanie sie do biura CUNY na Manhattanie, wypelnienie aplikacji i zaplacenia oplaty . Poniewaz, jak juz wspomnialam, ukonczylam w Polsce pierwszy rok studiow, konieczne okazalo sie zdobycie przetlumaczonych: mojego swiadectwa maturalnego oraz odpisu z tegoz wlasnie pierwszego roku studiow. Na tym etapie wielka pomoca byla moja rodzina w Polsce, ktora udala sie na moja byla uczelnie z prosba o wydanie takiego oficjalnego odpisu (z wszelkimi wymaganymi pieczatkami i w zaplombowanej kopercie). Dodam przy tym, ze to uczelnia w Polsce jest zobowiazana wyslac dokumenty do uczelni w Stanach, jednakze z racji okresu swiatecznego, aby uniknac dalszej utraty czasu, dokumenty te w zaplombowanej kopercie zostaly przekazane mojej mamie. Aby je otrzymac musiala ona powolac sie na list z prosba o wydanie dokumentow, ktory ja osobiscie wyslalam w tej sprawie do dziekanatu mojej bylej uczelni. Po otrzymaniu dokumentow zanioslam je do ‘oficjalnego otwarcia’ w biurze CUNY, gdzie zrobiono ich kopie, ktora nastepnie zanioslam do biura tlumaczen na Greenpoincie. Oficjalne tlumaczenie zostalo nastepnie dostarczone do CUNY.

W miedzyczasie podjelam sie przygotowan do egzaminu TOEFL. Uzywajac numeru podanego w broszurze egzaminacyjnej, ktora otrzymalam w biurze CUNY, zarejestrowalam sie na komputerowa wersje egzaminu w pobliskim miescie. Data egzaminu przypadala okolo miesiac pozniej. Nie tracac czasu wypozyczylam z miejskiej biblioteki ksiazke z CD przygotowujaca do tego egzaminu (bardzo polecam ‘Cracking the TOEFL Cbt’ wydany przez Princeton Review). Poniewaz caly czas pracowalam jeszcze jako live-in babysitter, na nauke zostawalo mi okolo godziny wieczorem i czesc weekendow. Sprawe ulatwial fakt, ze moja znajomosc angielskiego okreslilabym na dosc dobra i cale przygotowanie operalo sie bardziej na studiowaniu podanych w podreczniku zasad testu, rodzaju pytan oraz wskazowek autorow, niz na studiowaniu jezyka angielskiego.

Stosujac sie do zapamietanych wskazowek i zasad przystapilam do egzaminu. Po jego zakonczeniu pamietam uczucie, ze wydawal sie on nieco latwiejszy niz probne testy ze wspomnianej ksiazki. Wyniki testu otrzymalam po okolo 6 tygodniach, jednoczesnie wyniki te centrum egzaminacyjne wyslalo do CUNY.

W tym momencie pozostalo mi tylko czekac na odpowiedz z CUNY i szkoly, do ktorej zostalam przyjeta. Po kilku tygodniach otrzymalam list z zawiadomianiem, ze zostalam przyjeta do Lehman College. Musze przyznac, ze bylam poczatkowo troche zawiedziona, poniewaz Hunter College byl moim pierwszym wyborem. Patrzac jednak z perspektywy czasu jestem bardzo zadowolona z pozostania w Lehman College, gdyz to wlasnie tu znalazlam najbardziej odpowiadajacy mi program. Po dostaniu sie do koledzu i otrzymaniu studenckiego numeru identyfikacyjnego pozostala mi juz tylko wizyta w biurze doradztwa oraz zdanie wewnatrz-szkolnych testow majacych na celu umieszczenie w odpowiednich poziomach klasowych z jezyka angielskiego i matematyki. Po zdaniu tych egzaminow okazalo sie, ze moj wynik byl na tyle wysoki, iz mozliwe jest aby zaliczono mi te przedmioty na podstawie egzaminow w odpowiednich departamentach. Postanowilam sprobowac swoich sil, mimo braku jakichkolwiek przygotowan, stawilam sie na rozmowy (i mniej oficjalne testy) w poszczegolnych dziekanatach. Oplacilo sie, gdyz zaliczenie ta droga w sumie 3 przedmiotow pozwolilo mi na zaoszczedzenie ponad trzech tysiecy dolarow, ktore musialabym wydac na czesne za te kursy. W zamian za nie wybralam wiecej wykladow zwiazanych z moim kierunkiem studiow.

Wybieranie przedmiotow i ukladanie planu zajec, ktore tu naleza od obowiazkow studenta, bylo juz ostatnia faza mojej drogi do rozpoczecia studiow. Obecnie, trzy lata pozniej, do ukonczenia Lehman College z tytulem licencjackim z geografii pozostaly mi juz tylko 2 zaliczenia. W miedzyczasie udalo mi sie takze uzyskac certyfikat z GIS (Geograficznych Systemow Informacyjnych), ktory sam w sobie daje mi mozliwosc podjecia pracy w zawodzie. Szczerze przyznam, ze nie bylo mi latwo w ciagu tych trzech lat. Poniewaz jestem studentka zagraniczna, moja oplata za koledz jast naliczana jak dla studentow spoza stanu Nowy Jork. Dodatkowo, z racji wyczerpanej wizy wlasciwie nie przysluguja mi zadne pomoce, zasilki czy stypendia ani tez, na dzien dzisiejszy, pozwolenie na legalna prace. Aby oplacic szkole (w pelnym wymiarze zajec, ktory utrzymywalam przez caly okres studiow, to okolo 6000 dolarow za semestr samych oplat szkolnych i wiekszosci ksiazek) zmuszona bylam doszczetnie zuzyc cale moje oszczednosci z poprzednich trzech lat pracy, jak rowniez nadal pracowac jako babysitter, pomoc do starszych osob czy przy sprzataniu. Byl kilkumiesieczny okres czasu, w ktorym studia w pelnym wymiarze (cztery lub wiecej klas na semestr) musialam pogodzic z praca w 5 lub 6 rodzinach w sumie pracujac ponad pelen wymiar godzin.

Ale udalo sie! Juz prawie koniec i wiem, ze nie zmarnowalam tych ostatnich trzech lat. Szczerze zachecam wszystkich rozwazajacych studia w Stanach. Uzbrojcie sie w cierpliwosc i zdecydowanie, przygotujcie na dobrych kilka nocy spedzonych nad ksiazkami, a zdobedziecie wieksza wiare w siebie, dobrze widziany tytul z amerykanskiej uczelni, wiele nowych znajomosci i poszerzycie horyzonty.

Powodzenia!

Natalia B.
natbrzezina@hotmail.com

Uwaga OSP: Kandydaci rozwazajacy jedynie CUNY moga taniej ($20 w porownaniu z $140) zdac wewnetrzego TOEFLa w starej, papierowej wersji, oferowanego mniej wiecej raz w miesiacu przez ta uczelnie. Wyniki tego egzaminu licza sie tylko na CUNY, a wiec nie jest to rozwiazanie dla osob, ktore chca tez skladac podania gdzie indziej.


Historia Hani – z Kutna na Harvard

Lipiec 2005.

Jestem obecnie studentka trzeciego roku na Uniwersytecie Harvarda. Moja droga na Harvard byla dosc skomplikowana. Najpierw znalazlam sie w prestizowej Armand Hammer United World College. W klasie maturalnej AHUWC zdecydowalam sie skladac papiery na uczelnie amerykanskie. Dostalam sie do bardzo dobrej szkoly zenskiej Bostonie – Wellesley College. Juz po pól roku nauki na Wellesley zauwazylam, ze swiat bez mezczyzn jest o polowe mniej ciekawszy i zdecydowalam, ze spróbuje przeniesc sie na inna uczelnie. Stwierdzilam jednak, ze jestem gotowa podjac sie kolejnej zmianie szkoly tylko jesli gra bedzie warta swieczki. Mierzylam wysoko, wlasciwie najwyzej, bo tylko w Harvard. Wszystko albo nic. Doswiadczenie zdobyte w pisaniu aplikacji rok wczesniej pozwolilo mi na napisanie duzo lepszej aplikacji, która sprawila, ze zostalam przyjeta na najbardziej selektywna uczelnie na swiecie. Moze zaczne od poczatku…

Bedac uczennica drugiej klasy liceum ogólnoksztalcacego (odpowiednik pierwszej klasy liceum w nowym systemie, po wprowadzeniu gimnazjów) uslyszalam o stypendiach fundowanych przez Towarzystwo Szkól Zjednoczonego Swiata. Organizowalo ono konkurs ogólnopolski, w którym nagrodami bylo kilka pelnych stypendiów do United World Colleges – prestizowych szkól miedzynarodowych z programem IB. Szkól UWC jest ogólem dziesiec i kazda z nich znajduje sie w innym kraju (m.in w Anglii, we Wloszech, w Norwegii, w Hong Kongu, w Indiach). Ja dostalam sie do Armand Hammer United World College (dalej AHUWC), który znajduje sie w Nowym Meksyku w USA.

Pomimo ze AHUWC jest usytuowany w dzikiej i slabo zaludnionej okolicy, to jest to jedna z najbardziej prestizowych placówek oferujacych system IB na swiecie, gdzie uczniowie 93 krajów sa zobowiazani nie tylko do uczestniczenia w lekcjach, ale równiez do uczestniczenia w programie “community service”. AHUWC, jest jedna z niewielu prestizowych prywatnych szkól srednich które sa need-blind i need-based. Trafiaja tam naprawde swietni ludzie, którzy potrafia polaczyc intensywny program nauczania ze zmienianiem swiata na lepsze i aktywnym rozwijaniem wlasnych zainteresowan.

W AHUWC uczestniczylam w wielu przedsiewzieciach oraz bylam czlonkinia wielu klubów uczniowskich. Moje zaangazowanie w zycie szkoly sprawilo, ze moja aplikacje prezentowala sie ciekawie. Trzeba wam bowiem wiedziec, ze filozofia uniwersytetów amerykanskich opiera sie na przekonaniu, ze osoba, która zdobywa tylko teoretyczna wiedze bez brania udzialu w zyciu szkoly i srodowiska jest kandydatem duzo slabszym. Ja na przyklad, w ramach “community service” pracowalam w przedszkolu, opiekowalam sie starszymi ludzmi i malowalam wspólnie z uczniami okolicznej szkoly grafitti majace ozdobic ich szkole. Uczestniczylam w konferencjach Model United Nations i licznych debatach na tematy polityczne. Przez rok szkolilam sie jako przewodnik wycieczek górskich i ratownik górski. W drugim roku przewodzilam kilku ekspedycjom w pobliskich Górach Skalistych, jak równiez i tygodniowej wyprawie do wnetrza Kanionu Kolorado. Bylam równiez czlonkiem brygady ratowników górskich “Search and Rescue”. Poza tymi najwazniejszymi zajeciami rozwijalam równiez inne moje zainteresowania, np.: jazde konna, tworzenie srebrnej bizuterii, taniec latynoamerykanski, gre w koszykówke, branie udzialu w przedstawieniach teatralnych, debatach, konstruktywne rozwiazywanie konfliktów…. Wszystkie te rzeczy znalazly sie na mojej aplikacji do college’u.

Przez caly czas chodzilam równiez do szkoly, gdzie uczylam sie w rozszerzonym programie matury miedzynarodowej (mialam siedem przedmiotów, a nie szesc). Szkola, prestizowa i dbajaca o przyszlosc swoich uczniów zapewniala nam pelny dostep do informacji na temat tego, w jaki sposób i na jakie uczelnie amerykanskie skladac podania. Nie myslalam nawet o powrocie na studia do Polski, bo osobom uczacym sie w systemie IB jest bardzo trudno dostac sie na polska uczelnia, bowiem przebrniecie przez formalnosci tlumaczenia swiadectw i wyjasniania kazdej sekretarce na uczelni, co to wlasciwie jest matura miedzynarodowa jest niemal niemozliwe.

Wiosna pierwszego roku w UWC zdalam SAT II. Polecam solidne przygotowanie sie do tego egzaminu. Ja niestety nie wlozylam wystarczajaco duzo pracy w przygotowanie sie do egzaminów co zreszta odbilo sie na ich wynikach. Na jesieni drugiego roku, nauczona doswiadczeniem, rozpoczelam solidne przygotowania do SAT I.

Dysponowalam doskonalymi podrecznikami, zawierajacymi wykazy najczesciej spotykanych slówek i przykladowych zadan matematycznych. Natomiast mam dla wszystkich dobra rade, uczac sie do SAT I, oprócz wykucia sie slówek i wzorów, opracujcie sobie wlasne strategie na rozwiazywanie zadan. Na przyklad, warto zapamietac instrukcje do kazdego zadania, aby nawet nie trzeba bylo ich czytac podczas egzaminu. SATy nie sa tak naprawde sprawdzaniem waszych umiejetnosci, ale raczej sprawdzeniem jaka czescia tych umiejetnosci dysponujecie w warunkach skrajnego stresu. Uczac sie do SATów rozwiazujcie zadania z budzikiem, aby przyzwyczaic sie do ograniczen czasowych.

Napisalam i wyslalam podania w sumie do dziesieciu szkól. Z tych uczelni, na które sie dostalam w koncu wybralam Wellesley, która jest malym zenskim “liberal arts college”, polozonym pól godziny od Bostonu. Po pól roku stwierdzilam, pomimo ze szkola jest naprawde fantastyczna jesli chodzi o poziom nauczania, kadre nauczycielska i mozliwosci finansowe i znajduje sie na przepieknym campusie, to niestety bez mezczyzn zyje sie naprawde smutno. To ze otrzymalam po pierwszym roku bardzo dobra srednia – 3.8., zmotywowalo mnie do przemyslenia przeniesienia sie na inna uczelnie. Decyzja nie byla latwa, bo z drugiej strony nie chcialam po raz kolejny zmieniac przyjaciól oraz od nowa dostosowywac sie do nowego miasta i nowej szkoly. W miedzyczasie, aby wyrwac sie z dosc przytlaczajacej atmosfery Wellesley udalam sie jednego pazdziernikowego wieczora na wyklad Noama Chomskiego, który odbywal sie na pobliskim Uniwersytecie Harvarda. Bylam zauroczona poziomem intelektualnym dyskutujacych z Chomskim uczniów, jak równiez przepieknym miejskim campusem Harvardu. Kosci zostaly rzucone – spróbuje przeniesc sie na Harvard.

Latwiej powiedziec, trudniej zrobic – na Harvard jest sie podobno jeszcze trudniej przeniesc niz dostac. Bez zwloki jednak rozpoczelam wypelnianie wszystkich formalnosci. Przede wszystkim, przed podjeciem aplikacji o transfer przeanalizowalam pewne bledy, które popelnilam w procesie aplikacyjnym na uczelnie w poprzednim roku. Pomyslalam o tym , co zrobilam zle i co stanowilo slabe strony mojej aplikacji. Wyniki z SATów – takie sobie, esej – kontrowersyjny, odpowiedzi na pytania dodatkowe – dosc naiwne. Po chwili namyslu zadzwonilam do kolezanki mojej mamy mieszkajacej w Nowym Jorku, która przeczytawszy moja aplikacje stwierdzila, ze przede wszystkim brakuje w niej jakiejkolwiek orientacji. Wszystkie osiagniecia i zainteresowania byly tak rozsiane po wszystkich dziedzinach, ze zdawalam sie byc osoba zagubiona i niepewna siebie. Z góry zaznacze, ze jestem osoba bardzo pewna siebie i wiem, czego chce w zyciu, po prostu mam bardzo szerokie spektrum zainteresowan. Znajoma mojej mamy poradzila tak przeksztalcic moja aplikacje, aby bylo w niej widac jakis konkretny kierunek moich zainteresowan i ta pewnosc siebie, która sie odznaczam.

Przede wszystkim, ze wszystkich zainteresowan wybralam jedno – moja fascynacje kultura i sytuacja polityczna na Bliskim Wschodzie, które bylo motywem przewodnim mojej aplikacji. Bliski Wschód stal sie motywem przewodnim mojej aplikacji i najwieksza wage nadalam mojej dzialalnosci zwiazanej z rozwijaniem tej pasji. Wiele z moich “extra-curricular activities” w ogóle usunelam z aplikacji, bo nie wiazaly sie bezposrednio z moim zyciowym celem. Kazdy college, a szczególnie te najlepsze, chce wiedziec, ze jestescie dojrzalymi, pewnymi siebie i inteligentnymi jednostkami, które wiedza, jak zrealizowac swoje ambicje.

Poza tym mialam niejasne przeczucie, ze moi nauczyciele nie napisali mi nazbyt entuzjastycznych rekomendacji. Poprosilam ich zreszta o przeslanie ich do mnie w ramach listu otwartego, bo nie bylam pewna, czy chce z nich skorzystac w procesie aplikacji o transfer. Przeczytalam i okazalo sie, ze mialam racje: wydawalo sie z nich, ze jestem po prostu kolejna dobra uczennica, która mieli oni przyjemnosc uczyc, ale ze nie wyrózniam sie niczym specjalnym. Mialam jeszcze troche czasu, wiec postanowilam postawic wszystko na jedna karte i poprosic o rekomendacje moich nowych nauczycieli, którzy znali mnie tylko od pól roku. Tym razem jednak, by uniknac listów rekomendacyjnych pozbawionych wyrazu, umówilam sie z kazdym z nich na godzinne spotkanie. Na spotkanie przyszlam elegancko ubrana, usmiechnieta i wyposazona w kopie mojego CV i napisanego napredce listu motywacyjnego wyjasniajacego powody, dla których chce studiowac na Harvardzie. Nastepnie z kazdym z moich nauczycieli przeprowadzilam bardzo osobista rozmowe, do której bylam swietnie przygotowana pod wzgledem merytorycznym i emocjonalnym. Bylam stuprocentowo pewna, ze nawet jesli wczesniej moi nauczyciele uwazali mnie za jedna z wielu dobrych uczennic, po tej rozmowie mieli o mnie doskonale zdanie. Moge was zapewnic, ze rzadko kto stawia sie na nieformalne spotkanie z nauczycielem w stroju semi-formal (elegancka bluzka, zakiet, spódnica odpowiedniej dlugosci, proste uczesanie, skromna lecz elegancka bizuteria, buty wizytowe) z pakietem informacyjnym na temat swoich zainteresowan i osiagniec z zalaczonym formularzem do wypelnienia i zaadresowana koperta ze znaczkiem – wszystko to w eleganckiej teczce. Poza tym podczas tych dwóch spotkan w sposób konkretny i entuzjastyczny i bez jakiegokolwiek zazenowania mówilam o tym, co osiagnelam do tej pory, jakie sa moje slabe i mocne strony i jakie sa moje plany na przyszlosc. Rekomendacje nauczycieli sa jedna z najwazniejszych czesci waszego podania i dlatego tez warto postarac sie o to, aby nauczyciel wiedzial o was jak najwiecej i aby mial o was jak najlepsze zdanie podczas pisania waszej rekomendacji.

W nastepnej kolejnosci, napisalam od nowa odpowiedzi na pytania dodatkowe i poprawilam jeszcze raz swój esej. Odpowiedzi dalam krótkie i jak mi sie wydawalo, rzeczowe. Zadowolona z siebie wyslalam szkic aplikacji do znajomej mojej mamy. Odeslala mi ona mój szkic opatrzony komentarzami kilkakrotnie dluzszymi niz napisany przeze mnie tekst. Po uwaznym przeanalizowaniu jej komentarzy zdalam sobie sprawe z tego, ze brak obiektywnego i konstruktywnego krytycyzmu ze strony osoby inteligentnej i kompetentnej na temat mojej poprzedniej aplikacji sprawila, ze byla ona niedoszlifowana. W moich, jak myslalam, doskonalych odpowiedziach znalazly sie i bledy gramatyczne, i skróty myslowe i niejasne niedopowiedzenia. Po korekcie wyslalam jej dokumenty raz jeszcze. Tym razem komentarze byly krótsze, ale i tak znalazlo sie jeszcze wiele rzeczy do poprawienia. Po przeczytaniu ostatecznej wersji wiedzialam juz, dlaczego odrzucilo mnie tyle uczelni. Ja przeczytalam swoja aplikacje tylko dwa razy, a inni aplikanci najprawdopodobniej okolo trzydziestu razy, co zreszta polecam… Trzydziesta wersja aplikacji jest, jak sie o tym sama przekonalam, zdecydowanie lepsza  Aplikacje wyslalam.

Okolo marca dostalam zaproszenie na rozmowe kwalifikacyjna, tzw. “interview”. Wiedzialam, ze to ta rozmowa bedzie w moim przypadku niesamowicie wazna. Z moich rozmów z przyjetymi na pierwszy rok kandydatami wynikalo, ze Harvard poszukuje nie tylko wyjatkowo zdolnych osób, ale takze osób, które sa na tyle zaradne, kreatywne i komunikatywne, ze swa wiedze i umiejetnosci beda w przyszlosci wykorzystywac w przydatny sposób. Wiedzialam, ze musze zrobic bardzo dobre wrazenie i dac próbke moich “leadership skills” (kolejna rzecz, oprócz “diversity”, na punkcie której uczelnie Amerykanskie sa naprawde przewrazliwione). Rozmowa zamiast 20 minut trwala prawie godzine – to zawsze dobry znak, jesli osoba reprezentujaca dana uczelnie poswieca nam tyle uwagi i czasu. Po wyjsciu z budynku zdalam sobie sprawe z tego, ze bardzo bola mnie szczeki. Gdy zastanawialam sie, czym moze to byc spowodowane, zobaczylam swoje odbicie w sklepowej witrynie. Miala, na twarzy promienny usmiech od ucha do ucha, który jak przypuszczam towarzyszyl mi podczas calej rozmowy kwalifikacyjnych i spowodowal nadmierne nadwerezenie miesni szczekowych. Polecam duzo sie usmiechac na rozmowach, nawet za cene bolacych szczek.

List przyszedl do mnie jakos na poczatku czerwca. Spodziewalam sie odmowy, wiec tylko automatycznie przeczytalam pierwszy akapit. Dopiero przechodzac do drugiego akapitu zdalam sobie sprawe z wagi slów zawartych w pierwszym zdaniu: zostalam przyjeta na jedna z najlepszych i najbardziej prestizowych uczelni swiata. Choc droga byla dluga i kreta, to jednak udalo mi sie. Zycie sprawia nam wiele niespodzianek. Gdy bylam w pierwszej klasie kutnowskiego liceum, gdyby ktos podszedl do mnie i powiedzial mi, ze za cztery lata bede studiowac na Tym Slynnym Harvardzie, zasmialabym sie z niedowierzaniem. A jednak, z piecdziesieciotysiecznej miejscowosci sa tez drogi, które wioda na najlepsze uczelnie swiata.

Przede wszystkim radze wam doceniac wlasne mozliwosci. Nie skladalam papierów na Harvard, bo uwazalam, ze z moimi dosc przecietnymi wynikami SATów nigdy mi sie nie uda. Gdy dostalam sie na Harvard zdalam sobie sprawe z tego, ze dla Admission Committee liczy sie cos wiecej niz same oceny – osoba, która je zdobyla. Aplikujac po raz pierwszy nie dopracowalam tego jakze waznego dla podania na uczelnie autoportretu. Mój autoportret na podaniu o transfer byl dzielem mistrza i, co tu duzo mówic, zawisl w najlepszej galerii.

Powodzenia!

Hania Sankowska, e-mail: hsankows@fas.harvard.edu


Historia Magdy: Z au pair na community college i dalej

Luty 2004.

Czesc. Mam na imie Magda i obecnie czuje sie jak “student weteran”, chociaz dopiero studiuje w Stanach od 3 lat. Mam 22 lata i przyjechalam tutaj jako au pair w 2000 roku. Chociaz poczatkowo planowalam powrot do Polski i studia tam, po pol roku zdecydowalam, iz chcialabym studiowac w USA. Relacja miedzy studentem i uczniem tutaj wydawala sie bardziej przyjazna niz historie, ktore uslyszalam od moich przyjaciol-studentow w Polsce:))). Zartuje tylko; tak naprawde to decyzje podjelam, poniewaz studiowanie w tym kraju daje wiele mozliwosci rozwoju, nie tylko jezeli chodzi o edukacje:).

Moja host rodzina okazala sie bardzo pomocna, poniewaz zaoferowali mi, iz beda mnie sponsorowac przez calosc trwania moich studiow (poczatkowo planowalam tylko 2 lata w community college). Tak sie tez stalo. Zmienilam status z J-1 na F-1 bez zadnych wiekszych problemow.

Doradca dla miedzynarodowych studentow w moim college’u okazal sie bardzo pomocny, aczkolwiek wiele drobnych spraw musialam zalatwic sama. Pomogl mi wybrac kursy i dostosowac je do mojego planu pracy – cos, o czym nie mialam zielonego pojecia, bo myslalam, ze jezeli wybiera sie jakis kierunek, to sa tam jasno okreslone wymagania i kursy, ktore koniecznie musze wziac w okreslonej kolejnosci. Okazalo sie ze nie, najwazniejsze jest tutaj umiejetne planowanie i wiedza, ktorej mi na poczatku brakowalo, o amerykanskim systemie edukacyjnym. Niemniej jednak moja przygoda w community college byla naprawde warta swieczki.

Pierwszy semestr okazal sie dosc wymagajacy pod wzgledem umiejetnosci poslugiwania sie jezykiem angielskim i wyrazania moich mysli w tym jezyku, ale mialabym rade dla kazdego, kto zaczyna studia i nie czuje sie zbytnio pewnie: wezcie klase z aktorstwa:))). Bylo to dla mnie zbawienie, bo z pomoca profesora udalo mi sie przelamac niesmialosc i bariere jezykowa i otworzyc sie na nowe doswiadczenia i ludzi z wielu roznych kultur.

Metoda prob i bledow nauczylam sie, ze jezeli w Ameryce chce sie cos otrzymac, to trzeba o to prosic, bo niestety nikt nie znajdzie mi stypendiow i innych form pomocy, jezeli ja nie uczynie pierwszego kroku. Dzieki temu otrzymalam pomoc finansowa w postaci stypendiow siegajaca prawie 5 tysiecy dolarow, co pozwolilo mi pokryc koszta prawie roku studiow. Co jest rowniez bardzo istotnym, to wiara w siebie i zaangazowanie w przerozne kluby i organizacje, bo to jest swietna droga do rozwoju zarowno intelektualnego, jak i znalezienia fajnych przyjaciol. Bardzo waznym jest rowniez stawianie sobie wysokiej poprzeczki jezeli chodzi o wybor kursow. Polecam bardzo goraco wszystkim klasy dla studentow z dobrymi wynikami w nauce, tak zwane “honors”, ktore uwazam za bardziej ciekawe i … latwiejsze niz regularne klasy ze wzgledu na wielkosc i nastawienie studentow, ktorzy sa nierzadko zaangazowani w wiele spraw, ktore sa bardzo interesujace i mozna od nich nierzadko nabyc wiele dobrych nawykow, jak to chociazby, aby kwestionowac to, co nauczyciel przekazuje i odnajdywac swoja wlasna droge. Poza tym jezeli planujecie pojscie na lepsze universytety czy college po community college, dyplom ukonczenia z wyroznieniem znacznie zwieksza szanse na dostanie sie do tych bardzo wymagajacych instytucji. Moi znajomi podostawali sie po community college na Cornell, Columbie, NYU itd. Mi zabraklo samozaparcia i systematycznosci, ale mam nadzieje dostac sie do najlepszych szkol, zeby zrobic magistra i pewnie doktorat:).

Nie moge jednak narzekac, bo dostalam 9 tysiecy dolarow stypendium na rok na undergraduate college w Fordham, chociaz wiem, ze naprawde mozna starac sie o wiecej z odrobina wysilku. Moj chlopak wygral 30 tysiecy dolarow dzieki stypendium, ktore znalazlam w internecie. To stypendium moze byc rowniez Twoje, jezeli tylko masz samozaparcie, aby powypelniac przerozne formularze i napisac eseje, ktore sa czesto wymagane do takich celow.

Powodzenia w akademickich i nie tylko, bojach!:)

Magda

Jezeli macie jakies pytania – moj e-mail: magdmaj@hotmail.com – postaram sie odpowiedziec w miare mozliwosci:)


Historia Ani: zmienilam status B-2 na F-1 i studiuje w Nowym Jorku

Styczen 2004.

Rok temu przyjechalam do Nowego Jorku na swieta i nowy rok (na wizie B-2 oczywiscie), zaraz po nowym roku wrocilam do Polski, po miesiacu pobytu w Warszawie postanowilam wrocic na stale do Nowego Jorku i tak uczynilam.Urzednik imigracyjny byl lekko podejrzliwy z tytulu moich czestych wjazdow i wyjazdow, ale po milej rozmowie zyczyl mi juz tylko milego pobytu. Jakis czas po przyjezdzie zlozylam dokumenty na CUNY (miejski uniwersytet nowojorski).

W kwietniu dostalam list potwierdzajacy przyjecie mnie do Hunter College. W affidavit of support, ktory wypelnia dla ciebie sponsor lub ty sam (o ile dysponujesz adekwatna kwota na wlasnym koncie) uzyc mozna wyciagu z konta oraz listu od pracodawcy sponsora, lub jesli ma on wlasna firme, rozliczenia podatkowego. Mnie sponsorowala moja mama (ma zielona karte). Niestety mnie osobiscie nie jest stac na Hunter, wiec przenioslam swoje dokumenty do BMCC, ktory jest niemal o polowe tanszy. Papierkowa robote odwala za ciebie doradca do spraw studentow miedzynarodowych w Office of Admissions (biurze rekrutacji).Ty musisz tylko przygotowac dokladna historyjke dla immigration w liscie osobistym, ktory zalaczasz do I-20 i innych papierkow (dostaniesz je od doradcy studentow zagranicznych). Mysle ze bardzo wazny jest sponsor, powiazanie z Polska, no i musisz udowodnic, ze nie wjechales do USA z intencjami studiowania. W swoim liscie napisalam, ze chce ukonczyc w USA bussines administration, aby w przyszlosci moc zarzadzac firmami mojego ojca w Polsce. Napisalam tez, ze Polska jako czlonek EU bedzie potrzebowac wielu wyksztalconych ludzi z plynnym jezykiem angielskim.

Od momentu wyslania mojej prosby o zmiane statusu z B-2 na F-1 na odpowiedz czekalam 25 dni. Juz od wrzesnia studiuje, teraz zaczynam drugi semestr. Wiem, ze nie kazda uczelnia chce wydac I-20 dla potencjalnych studentow, ktorzy chca zmieniac status w USA. Wiekszosc, tak jak to bylo w moim przypadku, radzi wyjazd do Polski. Twierdza, ze zmiana statusu w USA jest praktycznie niemozliwa. Ale i ja, i moja siostra otrzymalysmy pozytywna decyzje, wiec warto probowac na miejscu (moja siostra byla przyjeta na kurs jezykowy i na decyzje czekala dluzej; musiala dosylac USCIS dodatkowe dokumenty).

Natomiast moja znajoma 2 miesiace temu postanowila wrocic do Polski i ubiegac sie o wize studencka w Polsce. Byla tutaj przez ok 5 miesiecy na wizie turystycznej, do Polski wracala z dowodem przyjecia (to znaczy z I-20) jej na kurs jezykowy do Baruch College. Nie tylko nie dostala wizy studenckiej, ale konsul wykreslil jej nawet wize turystyczna, ktora byla wazna na 10 lat.

Ja osobiscie radze wszystkim zdecydowanym na studiowanie w USA zmiane statusu tutaj, wyjazd do Polski jest ryzykiem. No i latwiej jest uzyskac pozytywna odpowiedz, kiedy jest sie przyjetym przez college, a nie przez szkole jezykowa.

Jesli moge komus sluzyc rada to piszcie, nie wiem za duzo, ale tym co wiem sie podziele:

Polskakolo@aol.com.


Historia Lukasza: jak nie pojechalem na MBA do Ohio.

Listopad 2003.

Etap 1: Pomysl

Pierwszy raz pomyslalem o studiach w Stanach w roku 2000, kiedy mój szef podsunal mi broszure z sesji “Studia4U” organizowanej przez PSO. Bylem wtedy na pierwszych wakacjach w Stanach i po drugim roku zarzadzania i marketingu na AGH w Krakowie. Ta broszura i caly pomysl takiej organizacji daly mi bardzo wazna mysl… mianowicie przekonanie, ze jest to mozliwe, ze sa ludzie, którym sie to udalo. Zainteresowalem sie egzaminami, o których pisala strona PSO i ogólnie systemem nauczania w Stanach. Niezbedne bylo kilka wizyt w ksiegarni Barnes&Noble, dziale “Study Aids” zeby wiadomo bylo mniej wiecej, o co chodzi. Jak wiadomo w tego typu ksiegarniach nie trzeba nic kupowac zeby duzo przeczytac  Wtedy jednak nie myslalem o studiach w Stanach powaznie, ale sama swiadomosc takiej opcji byla wazna na przyszlosc.

Etap 2: Pierwszy Kontakt.

Po powrocie do Polski za czesc kasy kupilem sobie kurs angielskiego i ogólnie zainteresowalem sie tym, jak sprawic zebym zaczal rozumiec poszczególne slowa w pytaniach egzaminów na studia w Stanach, nie martwiac sie na razie o odpowiedzi. Zastosowalem sie do rad nauczyciela i zaczalem czytac wiadomosci ze swiata po angielsku. Moje ulubione serwisy to news.bbc.co.uk, dla czytanek typu “skoro juz dowiaduje sie, co sie dzieje na swiecie, to spróbuje zrobic to po angielsku”, a dla “czytaj teksty bardziej naukowe bo takie sa na egzaminach” polecam www.sciam.com. Na poczatku idzie ciezko, czesto odwolujesz sie do slownika (polecam komputerowy) i robisz notatki. Po pewnym czasie jednak, jezeli bedziesz sie uczyc tego co jest w zeszycie, widac poprawe, slowa sie powtarzaja. (bez zeszytu masz szanse sprawdzac ciagle te same slowa). Do tego momentu caly wysilek nie kosztowal mnie zbyt duzo, poza kursem angielskiego tylko troche czasu. Taki juz los studenta studiów dziennych, masa czasu wiec warto sie czyms zainteresowac.

Zaczalem tez ogladac strony uczelni w Stanach, na poczatku nie bardzo mi to szlo, ale okazuje sie ze … “jak widziales jedna strone uczelni to tak jak bys widzial wszystkie”. Zawsze jest podzial na “undergraduate” i “graduate” (zobacz strone PSO zeby dowiedziec sie wiecej :), potem interesuje nas “Admissions” albo “Prospective Students”, tam czytamy jakie sa wymagania, wyniki egzaminów, terminy skladania podan itp. Z tego co tam pisali, mozna sie nawet przeniesc robiac transfer ocen, wiec nawet myslalem ze sie przeniose ze studiów w Polsce. Zastosowalem sie jednak do rady jednej osoby, do której numer dostalem na liscie PSO, a do której zadzwonilem z Polski korzystajac z nowo odkrytej funkcji dzwonienia za darmo z budek telefonicznych na moim osiedlu :)) Rada ta brzmiala: “skoncz studia w Polsce, to bedzie cos pewnego”. Teraz, jak juz skonczylem, mysle ze dobrze zrobilem, bo tak wlasnie jest, cokolwiek sie nie stanie mam juz nie kilka lat studiów w Polsce, ale skonczone studia z tytulem (mgr.inz. 

Tak wiec w wakacje postanowilem wypróbowac moje szczescie w szukaniu pracy jeszcze raz i pojechac (po trzecim roku) znowu do Nowego Jorku, tym bardziej ze ciocia zgodzila sie mnie przemieszkac. Po przyjezdzie i “ustawieniu sie” zainteresowalem sie krokiem pierwszym: TOEFLem.

Etap 3: TOEFL

Nigdy nie zdawalem zadnego egzaminu Cambridge, a chodzilem juz na chyba z piec kursów przygotowawczych do nich (w przeciagu wszystkich tu opisywanych etapów). Najpierw do FCE (First Certificate) potem CAE (Certificate of Advanced English) a pózniej jeszcze CPE (Certificate of Proficiency in English). Na tym etapie bylem chyba po dwóch albo jednym semestrze (120 godzin) CAE, wiec jak uslyszalem ze TOEFL to taki FCE to sie ucieszylem. To w sumie prawda, wiec rada dla wszystkich, pomimo tego ze w Polsce do TOEFLa prawie nikt nie przygotowuje, a w ksiegarni w Krakowie widzialem tylko jedna ksiazke o tym egzaminie, warto sie uczyc do Cambrige’y bo wiedza jest jedna :). Zeby podejsc do TOEFLa nie potrzebowalem wiec kursu przygotowawczego w Nowym Jorku za $$$, ale biblioteki publicznej, z której kazdy “turysta z Polski” moze skorzystac (zobacz www.nypl.org zeby dowiedziec sie szczególów).

Z biblioteki pozyczylem sobie ksiazke, a jak poszedlem do firmy Kaplan na Manhattanie (tak zeby zobaczyc na jakie kursy mnie nie stac to przeczytalem ze mozna przyjsc i wziac testowego TOEFLa w kazda sobote. Pouczylem sie i poszedlem, test daja w kwaterze glównej Kaplana i jest to darmowy, ale papierowy (w przeciwienstwie do faktycznego, który jest tylko chyba raz w roku na papierze dawany, a tak na komputerze). W kazdym razie mozna sie sprawdzic w stresie i warunkach ograniczenia czasowego. Nie polecam tylko chodzenia wiecej niz raz, bo daja ciagle ten sam, jak sie przekonalem :), a to jest wtedy troche bez sensu. Potem tylko pouczylem sie, bo troche za slabo mi poszlo na tym próbnym, i zarejestrowalem sie na faktyczny egzamin. Jezeli nie macie, tak jak ja wtedy, karty kredytowej, to polecam “money order”, kupujesz nawet na poczcie i zalatwione.

Z egzaminu dostalem 260/300 wiec na moje kierunki – chcialem isc na informatyke – to wystarczy zupelnie. Jezeli chodzi o doswiadczenia z egzaminu, teraz jak pisze te slowa zdawalem go drugi raz, bo ten opisany stracil waznosc po dwóch latach. Za drugim razem byla zabawa (293/300 :), za pierwszym troche walki. Tyle o TOEFL, samego egzaminu nie opisuje, przeczytacie o nim w waszej ulubionej bibliotece publicznej. Wspomne tylko teraz ze dla wszystkich w Polsce polecam komputery i “miedzysiec” a szczególnie programy peer-to-peer, z których … mozna sciagnac mase materialów przygotowawczych do kazdego standardowego egzaminu amerykanskiego, jezeli tylko znamy jego nazwe. Wiecej nie powiem, bo podobno wymiana programów licencjonowanych jest nielegalna. (jestem tradycjonalista i trzymam sie starych zwyczai, które pozwalaly na gieldzie komputerowej kupic co sie chcialo, prawie za cene nosnika :))

Etap 4: Bowling Green State University

Miedzy tymi dwoma etapami przeskocze troche w czasie i znajde sie na czwartym roku zarzadzania, gdzie juz sie zadomowilem i wybralem specjalnosc “finanse” (bo co mialem wziac, produkcje ? :). Otóz okazalo sie ze byl jakis profesor ze Stanów i zostawil informator z uczelni w Ohio (patrz tyt.etapu). Jako przygotowany na taka ewentualnosc posiadacz TOEFLa, z którym jeszcze nie do konca wiedzialem co zrobic, od razu sie zainteresowalem. Podobno mozna bylo isc na Accountancy, chyba póltora roku, gdzie dostawalo sie M.Sc. czyli magistra. Sprawdzilem na mapie gdzie jest to Ohio  i Bowling Green, no niezbyt rewelacyjna lokalizacja, ale co mi tam.

Moja uczelnia poza gadanina ze cos takiego mozna by zrobic nic jednak nie pomogla. Pani, która miala sie niby tym zajmowac dala mi informator ogólny szkoly i zyczyla powodzenia (informator jest dostepny w pdf’ie na stronie uczelni). Typowe pomyslalem, piszac maila do biura przyjec. Okazalo sie ze nie ma zadnej umowy miedzy AGH a ta uczelnia, ale ze moge byc przyjety jak kazdy inny, jezeli zdam GMAT. Najwazniejsza rzecza bylo to, ze studenci miedzynarodowi mogli dostac “TA”, czyli jak mówi mój komputerowy American Heritage Dictionary (poszukaj go w sieci swoim ulubionym programem p2p  “An academic position that carries a stipend and usually involves part-time teaching or research, given to a qualified graduate student.” Chodzilo o to, ze nie musialbym placic za nauke.

Etap 5: Graduate Management Admissions Test

W tym etapie bede pod koniec czwartego roku, kiedy to okazalo sie, ze moge jechac na program Work and Travel do … Ameryki. Pomyslalem, “hmmm… Warto by zobaczyc ten kraj, moze jest jak w piosence TLove :)” a tak na serio to pomyslalem ze pojade znowu (trzeci raz), tym razem nie “turystycznie” i moze cos sie dobrego wydarzy. Jako ze nie bylem na nim jeszcze, dostalem sie pomimo póznego terminu (pierwszorazowi maja pierwszenstwo) i pojechalem. Nie bede opisywal, co sie dzialo, bo to poza obszarem zainteresowan tego tekstu, ale powiem tylko ze zaopatrzylem sie w zestaw ksiazek do GMATu i ogólnie tego, co warto wziac ze soba do Polski z dzialu “Study Aids”. Przy okazji nie zmiescilem sie do samolotu z Warszawie i dostalem czek na lot popularnymi liniami lotniczymi. Dzieki temu, juz po powrocie z W&T polecialem na sylwestra do kumpli do Londynu i tam chcialem wziac GMAT. Problem byl taki, ze jedyne centrum egzaminacyjne – w Warszawie (bo gdziezby indziej  – zamkneli i mieli dawac tylko raz w roku “papierowe” egzaminy nie komputerowe. Tak wiec zalatwilem sobie karte kredytowa w Polsce i zaplacilem przez siec za egzamin w Londynie – Twickenham, miejscu delikatnie mówiac troche odleglym od Londynu (jak mialem sie pózniej przekonac). Wstalem wiec o piatej rano sadnego dnia i pojechalem pietrowym autobusem na trwajaca jedynie trzy godziny (w jedna strone) wycieczke na egzamin. GMAT troche mnie zaskoczyl, szczególnie matematyka, to byl mój pierwszy kontakt z egzaminacyjna matematyka amerykanska i musze przyznac, ze podwazam powszechny dosc poglad ze jest latwa i na licealnym poziomie. O tym pózniej. Dobrze mi poszlo z angielskiego, bo zdaje sie 74 percentyl, z matematyki tylko 54. Na pocieszenie dowiedzialem sie ze Anglik, który tez zdawal GMAT, dostal mniej niz ja (ja mialem 580 calkowity wynik na 800).

Okazuje sie, ze mozna z nim bylo konkurowac w egzaminie przeprowadzanym w jego wlasnym jezyku. Niestety… on nie byl studentem dziennym, wiec na pewno nie mial tyle czasu na przygotowanie do matematyki, co ja. Nic to, 580 jak dowiedzialem sie od pani z biura przyjec w Bowling Green mialo wystarczyc. Teraz nawet kupilem sobie informator po szkolach graduate (US News wydaje takie, co jakis czas) i z niego wynika, ze duzo szkol ma taki sredni wynik na programy MBA part-time, ale troche wyzszy, bo w granicach 630-650 na full-time. W kazdym razie rada dla wszystkich, nie lekcewazcie matematyki na tych egzaminach. Ona pomimo tego, ze obejmuje zakres wiadomosci na poziomie naszej matury, a nawet mniejszy, testuje nie wiedze, ale spryt w rozwiazywaniu zadan. Przy tak ograniczonym czasie (bo okolo 1.5 minuty na zadanie) spryt, którego mnie nigdy nie uczyli w szkole, jest niezbedny. Dodatkowo typ zadan jest niespotykany w naszych szkolach. Przykladowo zadania “z porównaniem” – odpowiadasz czy lewa strona jest zawsze wieksza, zawsze mniejsza, zawsze równe, nie da sie okreslic, czy “wystarczajaca ilosc danych” – odpowiadasz, które dane wystarcza (np. pytanie: “pole trójkata równa sie?” a)podstawa ma 5 b)wysokosc ma 10 odpowiedzi wybierasz “a i b sa niezbedne zeby obliczyc wynik”).

Druga rzecza jest poziom materialów przygotowawczych. Moje spostrzezenie jest takie, ze one wszystkie zawieraja zadania przykladowe na poziomie delikatnie mówiac nizszym od tego na egzaminie. Mozna przerobic setki zadan klasyfikowanych jako latwe albo srednio trudne i byc w nich dobrym, ale na egzaminie, który daje coraz trudniejsze pytania, przejdziemy przez te latwe bardzo szybko. Co z tego, jezeli zeby dostac dobry wynik musimy pokazac, ze radzimy sobie z tymi trudnymi. Tak wiec, trudno o trudne zadania. Ksiazki przygotowawcze pokazuja system i strukture egzaminu, nie traktujac obszernie zakresu wiadomosci (to, co na pewno musisz wiedziec) i stopnia trudnosci zadan (skad wiedziec, jakie zadanie jest trudne i czy nie cwiczysz na zbyt latwych).

Teraz wiem, ze ludzie w Stanach, którzy dostaja super wyniki, biora sobie na przyklad korepetycje od nauczycieli za np. $100/godzine, którzy pokazuja im faktycznie trudne zadania. No nic to tyle na ten temat, teraz juz to wiem, wy nie musicie jechac do Twickenham zeby sie przekonac :))

Etap 6: Skladanie podania do BGSU czyli… rozczarowania

Po powrocie do Polski z radoscia zakomunikowalem pani z biura przyjec z Bowling Green ze mam juz GMAT i ze tylko taki wynik, ale moze wystarczy, przy tym zaplacilem $15 za przekazanie wyników TOEFLa bezposrednio z ETS do szkoly (tak to dziala – nie bylo przez siec wiec wydrukowalem formularz, wypelnilem, przydala sie znowu karta kredytowa, i wyslalem faxem za uprzejmoscia kolegów, którzy go mieli :)). Pani powiedziala ze dobry i ze w sumie to miala mnie o to zapytac, ale czy bralem wymienione kursy na poziomie, co najmniej srednim. Po czym wymienila liste przedmiotów, które nijak nie pasowaly do moich z AGH, jakies Audyty, chyba ze trzy semestry sredniozaawansowanej ksiegowosci itp. Napisalem ze nie mialem takich i przetlumaczylem kilka, które mialem, podajac ilosc godzin. Niestety, pani powiedziala ze to jest niezbedne, ze moze sobie jeszcze wezme te kursy zanim skoncze studia w Polsce… haha, dobry kawal, napisalem, ze to nie Ameryka i ja sobie nie wybieram kursów.

Tego jej juz nie napisalem, ale to mowie wam… podejscie, które poznalem dziala na zasadzie promocji. Szkola jest jak firma, musi zapelnic pólki towarem najlepszej jakosci, wie, ze moze sie okazac, ze jakas partia towaru (studentów) nie dotrze i gra tak zeby sie upewnic ze wygra i bedzie miec to, co chce na poczatek nastepnego semestru – pelny asortyment. Tak wiec nikt nie mówil mi “sluchaj…musisz miec to to to i to, zeby z nami rozmawiac” zamiast tego pani mówi “nie ma sprawy, zdaj tylko egzamin” wiedzac, ze wiekszosc “nudziarzy” na tym wyleci. Jak sie przekonala ze jestem zdeterminowany, wspomniala dopiero o tym.

Zeby was nie nudzic powiem tylko, ze zasugerowala ze skoro nie ksiegowosc, to przekaze mój list do kolezanki z przyjec na MBA… Master of Business Administration, gdzie z tym GMATem i bez wymagan, co do poprzedniego ksztalcenia mnie przyjma. Zlozylem podanie, zalatwilem tlumaczenia ocen, wyniki egzaminów, listy polecajace i … w maju piatego roku dostalem maila, ze zostalem przyjety itd. Ucieszylem sie, ale pamietalem, ze wyslalem podanie o assistantship i ze póki co nie wiem, czy je dostane. Czas mijal i zadnych wiadomosci, w koncu napisalem ze jezeli program sie zaczyna w lipcu, to musze wiedziec, czy dostane assistantship czy nie. Pani dopiero wtedy odpisala, ze skoro dotad nie dostalem odpowiedzi z zadnego wydzialu, to pewnie nie dostane. W takim razie zebym przyslal “bank statement” zaswiadczajacy ze mam $20,000 na koncie. Przy tym gdybym dostal, chociaz $6000 w pomocy od szkoly, nie musial bym nic zaswiadczac. Tak wlasnie skonczyla sie moja przygoda z Bowling Green State University.

Etap 7: Wnioski

Z tego co sie przekonalem, rynek szkol w Stanach dziala jak kazdy zwiazany z pieniedzmi. Póki skladamy podanie do jednej szkoly, tak jak ja to zrobilem, jest to rynek producenta. Jezeli jednak dostaniemy sie do kilku szkol, to mamy szanse zrobic z tego rynek klienta. Wybierac szkoly, dawac do zrozumienia, ze inna szkola daje nam lepsza oferte, i grac tymi kartami tak, zeby wynegocjowac najlepszy uklad. W zadnym wypadku nie stawiajcie na jedna karte, liczac ze sie uda i ze skoro pracownicy szkoly nie robia klopotów, to ich pewnie nie bedzie. Nie chce generalizowac, ale to typowe podejscie do problemów w tej czesci swiata. Nie mówi sie o nich, póki nie ma innego wyjscia. Trudnosci nie pojawiaja sie na etapie pytan o szkole, czy listów do biura przyjec, moga sie pojawic po drodze. Kazda szkola chce skasowac chociazby pieniadze za podanie, a klientów, którzy nie maja szans sie dostac, ale nudza zeby chcieli jest mase, wiec czemu nie, niech placa – mysla szkoly. Szkoly najlepsze pisza o duzych wymaganiach, bo taki maja obraz na rynku, sa najlepsze i dostanie sie do nich jest trudne. Przez to nie musza ukrywac problemów, inne szkoly nie robia problemów, szczególnie studentom, którzy beda placic za nauke. My jednak zadamy wczesniej czy pózniej pytanie o pomoc finansowa, a jako “nie obywatele” ani “rezydenci” (zielona karta) nie dostaniemy niemalze zadnej innej pomocy niz asystentura. Musimy wiec zdawac jak najlepiej egzaminy, (one robia na szkolach dobre wrazenie) pytac o pomoc szkoly dla miedzynarodowych studentów i nie czekajac, czy ja dostaniemy czy nie, skladac podania do wielu szkol. To jest duzy problem, powielanie wypisów ocen, listów polecajacych i innych jest dla nas trudniejsze o wiele bardziej niz. dla Amerykanów.

Wydaje mi sie jednak, ze skonczyly sie czasy, kiedy ktos nas bedzie traktowal jako poszukiwanych studentow.Dawniej (lata osiemdziesiate, przed era Internetu) mozna bylo liczyc na to, ze szkola bedzie chciala studenta z Polski i zastosuje wobec niego latwiejsza procedure (dobrzy z matematyki, Walesa, komunizm itp). Dzisiaj mysle, ze to przeszlosc i w naszych próbach konkurujemy juz z calym swiatem nie jako obywatele post komunistycznego kraju, ale gospodarki rynkowej.

Sa tez dobre strony tej sytuacji, na przyklad Work and Travel. Wszystko duzo kosztuje, ksiazki, podania do szkol po $60 czy $120 za “rozpatrzenie”, egzaminy po $130, o kursach juz nie wspomne, ale my (jako polscy studenci) mozemy na przyklad jechac na W&T i zarobic te pieniadze w Stanach. Dzieki temu, pchamy sie do ich szkol uzywajac ich pieniedzy. Ja tak robilem i pomimo tego, ze w mojej przygodzie z BGSU wydalem troche pieniedzy, ani grosz nie pochodzil z Polski.

Przy tym nie myslmy na zasadzie “gdybym mial papiery to poszlo latwo”, zycie jest przekorne i ciagle nam bedzie czegos brakowac. Na W&T myslalem, ze jak bede mial pozwolenie na prace, to duzo zwojuje. Niestety, w pracy, która znalazlem, móglbym ich równie dobrze nie miec, placili tak samo jak bez, a z czekami i zalatwianiem bylo duzo problemów i nerwów. Pamietam tez przyklad Francuza, który przyszedl na próbnego TOEFLa, zagadal cos o egzaminy i uczelniach, kiedy mu powiedzialem, ze wynik jest wazny zeby dostac pomoc finansowa, odpowiedzial ze “pieniadze to zaden problem dla niego”, dostal z egzaminu jakis zenujaco niski wynik, pomyslalem “no tak, skoro pieniadze to nie problem, to cos innego musi byc”.

Powodzenia, Lukasz


Zmienilam status w USA z B2 na F1 po kwietniu 2002.

Pazdziernik 2003.

Nazywam sie Victoria. Mam 27 lat i jestem w USA od ponad roku. Moje starania sie o wyjazd do USA rozpoczely sie w 2000 roku. Bylam studentka V roku jednej z uczelni Krakowskich. Otrzymalam zaproszenie do USA od mojej cioci mieszkajacej w Chicago. Nie myslalam nigdy wczesniej tak powaznie o wyjezdzie do USA, ale rodzina namawiala mnie abym skorzystala z zaproszenia i przynajmniej postarala sie o wize turystyczna. Nie musze leciec od razu, moze kiedys sie przyda. W maju 2000 roku poszlam na umowiona wizyte do konsulatu w Krakowie. Pani w okienku zapytala o index, ktory pokazalam, zabrala paszport i kazala dnia nastepnego przyjsc po paszport z wiza. Nastepnego dnia o 15 stawilam sie pod konsulatem po odbior paszportu. Otrzymalam wize turystyczna na 10 lat.

Zdecydowalam sie w lipcu 2000 poleciec i odwiedzic rodzine w Chicago. Bylam wtedy zaledwie 2 miesiace. Wrocilam do Polski.

Sytuacja jednak w kraju naszych przodkow zaczela sie psuc. Bylo coraz ciezej o prace a i zarobki byly bardzo marne. Nie mam zamiaru rozwodzic sie dluzej nad tym tematem gdyz kazdy z nas z cala pewnoscia wie co sie dzieje w Polsce.

Zdecydowalam sie jeszcze raz skorzystac z wizy turystycznej. We wrzesniu 2002 roku przylecialam po raz drugi do USA, portu docelowego Chicago. Na odprawie celnej zostalam zapytana jak dlugo chce zostac, na co ja odpowiedzialam ze termin ten uzalezniony jest od pracownika imigracyjnego ktory ze mna rozmawial, oraz zapytano mnie do kogo sie wybieram na co odpowiedzialam zgodnie z prawda ze do rodziny. Otrzymalam wize wjazdowa na 6 mcy czyli wazna do marca 2003 roku. Wiedzialam ze bede z cala pewnoscia starac sie o przedluzenie mojego pobytu w USA ale balam sie informowac o tym na lotnisku. Myslalam ze odpowiedz taka moze zadzialac niekorzystnie.

Po kilku dniach mojego pobytu, zdecydowalam sie zmienic status na studencki F-1. Zaczelam wertowac gazety szukajac ogloszen biur prawniczych zajmujacych sie takimi sprawami. Byly rowniez ogloszenia bezposrednio ze szkol, ktore zmienialy status wydajac forme I-20 i wysylajac wszystkie potrzebne dokumenty. Jednak obawialam sie, mialam za duzo do stracenia, nie chcialam zostac tutaj nielegalnie a w tych sprawach wystarczy maly blad i trace wszystko. Zdecydowalam sie skorzystac z biura, ktore oferowalo rozne programy i szkoly a ceny byly naprawde przystepne.

Trafilam na bardzo dobre biuro prawa miedzynarodowego. Prowadzacy je adwokat wyjasnil mi szczegolowo jak sprawa zostanie zalatwiona, swoja osoba wzbudzil we mnie olbrzymie zaufanie. Naprawde jestem bardzo wdzieczna temu czlowiekowi za wszystko co dla mnie zrobil. Mialam duze szczescie ze wlasnie trafilam na kogos takiego.

Zlozylam wszystkie wymagane dokumenty, podpisalam umowe ze szkola i papiery zostaly wyslane do USCIS. Po 5 miesiacach oczekiwania otrzymalam nowy status, status studenta. Zaraz pobieglam do szkoly, zdalam test sprawdzajacy moje zdolnosci jezykowe i jestem studentka. Teraz nie obawiam sie pracownikow Immigration czy innych niespodzianek. Ucze sie co bylo i jest najwiekszym moim marzeniem.

Jezeli tylko moglabym w czyms pomoc czytelnikom tego artykulu podaje swoj adres e-maila. Czekam na pytania, chetnie odpowiem. Pozdrawiam serdecznie.

Victoria
kessinger_vici@yahoo.com


Dostalem sie na Uniwersytet Columbia.

Kwiecien 1997.

Mialem na studia stosunkowo bardzo latwa droge. Sprawy wizowe nie stanowily przeszkody poniewaz jestem w Stanach od malenstwa i posiadam podwojne obywatelstwo. W zwiazku z wieloletnim pobytem jezyk angielski mialem dobrze opanowany. Wreszcie Rodzicom moim dobrze sie powodzi i byli w stanie mi zafundowac prestizowe, drogie liceum – a nastepnie koledz. W dodatku zawsze sie dobrze przyjecie do koledzu moglem sie wykazac dobrymi stopniami na szkolnych cenzurkach oraz wysokimi wynikami egzaminow SAT i innych. Slowem – luksusowo. Zdalem na nowojorski Columbia University, gdzie tez po ukonczeniu koledzu przeszedlem na studia magisterskie z zakresu stosunkow miedzynarodowych (international affairs). Nie chwale sie tym, bo nie tyle byly to owoce mojej pracy – nigdy nie musialem sie specjalnie wysilac w nauce – co dary Boze, z ktorych zostane zreszta przed Nim rozliczony.

Zdaje sobie sprawe, jak bardzo nietypowa byla moja sytuacja. Malo kto wybierajac sie na studia ma tyle atutow, nie wylaczajac Amerykanow-“autochtonow”. Przecietny mlody czlowiek przebywajacy w Stanach od kilku lat badz miesiecy, zmuszony sam zarabiac na utrzymanie samego siebie czy wrecz rodziny, a do tego pozbawiony papierow, ma bez porownania trudniejszy start ode mnie. Znam jednak mlodych ludzi, ktorzy potrafili pokonac tego typu przeszkody i skonczyc amerykanskie uczelnie, zapewniajac sobie lepsza przyszlosc. Bardzo ich zreszta podziwiam. Nie wiem, czy w podobnych warunkach bylbym w stanie sobie poradzic.

Jakimi wiec praktycznymi radami moge sluzyc? Moze dwiema – po pierwsze taka, ze przed wybraniem sie na studia wyzsze, tzn. magisterskie czy doktoranckie, nalezy sie dobrze zastanowic, co by sie chcialo po nich robic i czy te studia temu celowi sluza. Bardzo czesto spotyka sie ze zjawiskiem osob, ktore zostaja na uczelniach po koledzu “odruchowo”, z braku lepszej koncepcji. Mozna sie na tym przejechac, bo studia (najczesciej) kosztuja, a nie zawsze wymiernie zwiekszaja mozliwosci (bardzo zalezy od dziedziny). Nie dotyczy to koledzu, ktorego ukonczenie sie prawie kazdemu oplaci.

Po drugie – z punktu widzenia komitetow oceniajacych podania na studia obce pochodzenie, znajomosc jezyka obcego, itd., czynia kandydata BARDZIEJ, a nie mniej, atrakcyjnym. Jest obecnie w Ameryce szalona koniunktura na tzw. “_diversity_” (roznorodnosc), na uczelniach szczegolnie daleko posunieta. W praktyce polega to na tym, ze uczelnie lubia miec studentow z roznych niezwyklych i egzotycznych krajow, jak na przyklad nasz, bo w ten sposob dostarczaja silnych wrazen wychowanej na cichych i przytulnych przedmiesciach mlodziezy amerykanskiej, a zatem rozszerzaja jej widnokregi. To, ze sie jest Polakiem i emigrantem mozna, a nawet nalezy, smialo podkreslac w podaniach, rozmowach kwalifikacyjnych, itd. Ta rada z kolei dotyczy przede wszystkim koledzow (a nie kandydatow na studia magisterskie lub tym bardziej doktoranckie), wylaczajac te, na ktore wstep ma kazdy zaopatrzony w mature, gdzie rzecz jasna nie ma zastosowania.

Na zakonczenie podaje szczegoly sposobu zlozenia podania na studia magisterskie z zakresu stosunkow miedzynarodowych naColumbia University. O ile dobrze pamietam, termin wypada w styczniu. Wymagane sa dwa-trzy listy polecajace od profesorow lub pracodawcow oraz egzamin GRE (Graduate Record Examination) i oczywiscie TOEFL dla cudzoziemcow. Liczy sie doswiadczenie zawodowe w podobnym stopniu, co piatki w indeksie.

Bardzo prosze zwracac sie do mnie z pytaniami na te tematy lub na zgola inne. Moze bede w stanie cos poradzic. Zycze duzo powodzenia.

Dawid Walendowski
dmw8@columbia.edu

Historia Koralii: Jak dostałam pracę po studiach w USA

Październik 2006.

Poniższy tekst został wyróżniony w konkursie “Jak dostałem się na studia/pracę w USA” 2006.

Z moimi studiami i pracą w Stanach było tak: nic nie czekało na mnie gotowe, ale wszystko stało sie możliwe. Nie jestem ani wyjątkowo utalentowana, ani wyjątkowo bogata, ani też biedna. Trudno więc byłoby mi się zakwalifikować na jakieś stypendia czy nagrody. Sama więc musiałam do wszystkiego tutaj dochodzić. I doszłam.

Oczywiście jak to w życiu bywa, moje studia, a teraz praca, były wynikiem połączenia pracy (musze przyznać, że dość cieżkiej), szczęścia i, a może przede wszystkim, życzliwych osób, które poznałam na swojej drodze.

Moja historia jest chyba dość typowa. Czasem myśle, że powoli przechodzę wszystkie etapy jakie nowy imigrant ma tutaj do przejścia.

Przyjechałam na wizie J1, na rok, zupełnie nie myśląc o tym, że tutaj zostane. Jednak dzięki pomocy ludzi, których tu poznałam, studia w USA stały się dla mnie możliwe. Najpierw poszłam do Montgomery College, community college w Rockville, Maryland, by po dwóch latach przenieść się na Uniwersytet Maryland w College Park, gdzie skończylam studia z tytułem bakałarza z biznesu (studia na Maryland skończyłam praktycznie w trzy semestry, bo zaliczono mi niektóre przedmioty z polonistyki z Gdanska).

Następnie wykorzystałam możliwość zdobycia doświadczenia będąc na Optional Practical Training. Przez 9 miesięcy pracowałam w Ministerstwie Zdrowia, w biurze zajmującym się współpracą z organizacjami międzynarodowymi takimi jak ONZ, WHO, PAHO, UNICEF i UNESCO.

Niestety mój pracodawca nie mógł mnie sponsorować na wizę pracowniczą. Zaczęły się więc poszukiwania nowej pracy i firmy, która mogłaby mi taką wizę zagwarantować. Pracę znalazłam. O dziwo to właściciel mojej firmy zadzwonił do mnie pytając, czy jeszcze szukam pracy i sponsora, bo właśnie z jego firmy ktoś odchodzi i potrzebują nowej osoby.

Z firmą, o której mowa, miałam już wcześniej kontakt. Podczas studiów miałam dwie praktyki. O obu praktykach dowiedziałam się poprzez ludzi, którzy tam pracowałi. Pierwszą moją praktykę miałam w Senacie, w Komisji Ochrony Środowiska i Robot Publicznych, a drugą w biurze małej, ale bardzo dobrze prosperującej firmy wydawniczej. Tam właśnie teraz pracuję.

Praktyki bardzo polecam. Wiem, że student z zagranicy ma ograniczone możliwośći zatrudnienia, ale praktyki brać może. Może tez wykonywac pracę jako ochotnik, nie przyjmując za to wynagrodzenia. Korzystajcie z okazji, bo to naprawde dobrze wygląda na resume. Gdyby nie moja pierwsza praktyka, myślę, że nie dostałabym pracy w Ministerstwie Zdrowia. A praca ta była dobra i przynosiła mi dużo satysfakcji.

Jeśli nie wywnioskowałiście tego jeszcze z mojej opowieści, chciałabym ponownie podkreślić pewien fakt. Każdą swoją pracę znalazłam dzięki ludziom, których znałam. Nie bezpośrednio, nikt mi niczego nie załatwiał, musiałam przechodzić przez rozmowy kwalifikacyjne, ale niemniej o pracach słyszałam od znajomych, albo ktoś mnie na stanówisko polecał. Pamiętam radę jednej z moich znajomych, kiedy już skonczylam studia, a jeszcze nie miałam pracy: “Powiedz wszystkim, których znasz, że szukasz pracy.” To była niedziela rano, spotykałam się z nią na śniadanie, a potem szłam do polskiego kościoła. Po mszy postanowiłam wcielić w życie dobrą radę i rozmawiając z pewnym panem, którego znałam tylko z widzenia, powiedziałam mu, że szukam pracy. On wprawdzie żadnej pracy dla mnie nie miał, ale jego żona powiedziała, że jej firma zatrudnia i że mam jej przysłać moje resume. Kilka tygodni później miałam pracę, jako bezpośredni wynik tej rozmowy (i tamtego niedzielnego śniadania).

Od póltora roku pracuję dla wydawniczej firmy pod Waszyngtonem. Pracę tą bardzo cenię. Mam bieżacy kontakt z klientami, co jest dla mnie ważne. Moja pozycja jest dość samodzielna, a z drugiej strony mam grono sympatycznych kolegów i koleżanek, na których mogę polegać. Jedna z korzyści pracy dla małej firmy jest jej elastyczność. Często twoje stanówisko jest dostosowywane do ciebie i twoich zdolnośći, a nie odwrotnie. Poza tym biurokracja jest mniejsza niż w dużych firmach.

Co przede mna? Zaczynam sie starac o staly pobyt w Stanach. Mój pracodawca już wyraził zgodę na to, żeby mi w tym pomoc. Wiem, że to długa droga, ale wierzę też, że będzie dobrze. Poza tym mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości pojdę na studia magisterskie. Chcę podejmować następne wezwania i chce się rozwijać.

Wszystkim szukającym pracy, albo zastanawiającym się nad studiówaniem w USA życzę samozaparcia, pracowitości i szczęścia.

Pozdrawiam,

Koralia Malecha
koralia_m@yahoo.com


Historia Magdy: Jak wyjechałam na program Internship 2005

Pazdziernik 2006.

Poniższy tekst został wyróżniony w konkursie “Jak dostałem się na studia/prace w USA” 2006.

Po pierwsze – plan

Pomysł wyjazdu na staż zawodowy do USA chodził mi po glowie od mniej więcej połowy studiów, a im bliżej końca, tym większą miałam motywację, aby się za jego realizację zabrać. Zdawałam sobie sprawę, że aby pokonać ogromna konkurencje na polskim rynku pracy, szczególnie jako osoba świeżo po studiach i bez żadnego doświadczenia, będę potrzebowała jakiegoś mocnego punktu na moim CV. Poza tym mam duszę podróżnika i zawsze ciągneło mnie do głebszego poznania Stanów Zjednoczonych, bo pomimo, że w czasie studiów wyjeżdżałam na program work & travel, to nie udało mi się nigdy zrealizować moich planów dokładnego, wzdłuż i wszerz, zwiedzenia tego kraju. Plany należy realizować, a marzenia spełniać, zaczęłam się więc rozglądać za wszelkimi możliwośćiami wyjazdu.

Od czego by tu zacząć?

Zaczełam od wyszukiwania w internecie biur mających w swojej ofercie programy typu Internship/Trainee/Career Training, a następnie odwiedzałam jedno po drugim, zbierając informację na temat zasad, wymagań i kosztów programu. Warunkiem numer jeden było posiadanie praktykodawcy – znalezionego bądź przez biuro, bądź na własna rękę – który to oferowałby szkolenie ściśle związane z kierunkiem studiów. Wymagany był rownież dobry angielski .

W kilku biurach powiedziano mi już na wstępie, że najlepiej gdybym szukała stażu na własną rękę, dlatego że w mojej dziedzinie – psychologii – jeszcze nikomu praktyk nie załatwiano, więc może to dość długo potrwać. Ja natomiast chciałam wyjechać jak najszybciej, zaraz po obronie i to na maksymalny, osiemnastomiesieczny okres, a dodatkowo interesował mnie tylko Pittsburgh, ponieważ miałam tam rodzinę oraz znajomych.

Postanowiłam więc zacząć szukacćna własną rękę, napisałam porządne CV i list motywacyjny, w którym obok wyjaśniania zasad programu i zapewniania o mojej ogromnej motywacji : wyliczałam rowniez korzyści, jakie z zatrudniania mnie odniesie pracodawca (np. to, że nie będzie musiał płacić wszystkich podatków i ubezpieczenia)

Koszmar poszukiwan

Codziennie przesiadywałam przed komputerem po kilka godzin. Pracowicie wyszukiwałam firmy z mojej dziedziny, przeglądałam ogłoszenia o pracę na amerykanskich portalach, szukałam wszelkich kontaktów, wysyłałam dziesiatki aplikacji. Kazdego dnia z nadzeja na pozytywny odzew otwierałam moją skrzynkę pocztową i codziennie się rozczarowywałam. Prawie nikt nie był zainteresowany, żadna firma nie chciała zatrudnić absolwentki psychologii z Polski…

Średnio na 20 wysłanych aplikacji dostawałam jakąkolwiek odpowiedź, zazwyczaj, że nie prowadzą naboru na praktyki, lub że maja mnóstwo lokalnych studentów-praktykantów, albo ze może w przyszłym roku, że dziękują za aplikację i CV zostanie umieszone w bazie, że się skontaktują itp. Dawałam nawet pracodawcom do zrozumienia, że w gre wchodziłyby również praktyki bezpłatne, na zasadzie wolontariatu, ale to tylko dlatego, że mogłam w USA liczyć na utrzymanie rodzinki.

Niestety metoda szukania przez internet okazywała się mało skuteczna, ale postanwwiłam się nie poddawać, tylko równocześnie szukać praktyki innymi kanałami.

W końcu dopisało mi szczęście…

Znajomości jak wiemy zawsze się przydają. Postanowiłam więc pytać wszystkich znajomych w USA, czy nie znają kogoś, czy może słyszeli o jakiejś instytucji lub firmie, która mogłaby przyjąć mnie na staż. I wtedy właśnie zdarzył sie cud.

Sąsiad kuzyna znajomego brata mojego przyjaciela okazał się profesorem psychologii i obiecał popytać swoich kolegów na uczelni, czy nie potrzebowaliby pomocy przy prowadzonych badaniach. Wysłałam mu więc resume i application letter, skróbnęłam błagalnego maila i w końcu – po kilku tygodniach intensywnych poszukiwań – doczekałam się jakiejś konkretnej odpowiedzi.

Interview jeden i drugi

Dwóch znajomych profesora prowadzilo duże projekty badawcze i obydwoje wyrazili zainteresowanie moją kandydaturą! Skontaktowałam sie z pierwszym z nich i po wymianie kilku maili umówiliśmy się na telefoniczny interview. Profesor zadzwonił punktualnie co do minuty. Rozmowa trwała kilkanaście minut, profesor pytał o to jak dokładnie działa program Internship, chciał żebym powiedziała coś więcej o sobie, o moim wykształceniu, a kiedy wspomiałam ze właśnie kończe pisanie pracy magisterskiej, zaczął mnie o nią dokładnie wypytywać. Najpewniej robił to po prostu z zawodowej ciekawości, nie chciał być upierdliwy, ja jednak powoli zaczynałam sie poćic i zacinać, bo nie byłam na tyle przygotowana, aby płynnym angielskim, zupełnie “na żywca” opowiadać o detalach, profesor jednak był dociekliwy i właśnie detali żądał, a mnie zaczynało brakować slownictwa i już sama nie wiedziałam o czym mówię. Dlatego radzę wszystkim przed interview przygotować sobie listę wszelkich możliwych pytań, które może zadać praktykodawca i wcześniej przećwiczyć odpowiedzi na nie.

Zniechęcona niepowodzeniem postanowiłam nawiązać kontakt z drugim profesorem. Tym razem do rozmowy byłam już swietnie przygotowana i wszystko poszło bardzo gładko, profesor powiedział mi na czym miałaby polegać moja praca i zgodził się, abym przefaksowała mu do wypełnienia wszelkie potrzebne formułarze.

Formalnośći, formalnośći, formalnośći

Potem wszystko potoczyło się w szybkim tempie. Gotowy plan praktyk otrzymany od profesora zaniosłam czym prędzej do biura, ale aby skompletować resztę potrzebnych dokumentów dla organizacji sponsorującej musiałam sie jeszcze nieźle nagimnastykować, wypełnić tysiące formułarzy, napisać kilkaset listów motywacyjnych :, dostarczyć listy referencyjne z kilku różnych źródeł, napisać test z angielskiego, zrobić zdjęcia, uśiścic wszelkie opłaty itp.

Potem pozostało mi kilkutygodniówe oczekwianie na zaakceptowanie planu praktyk przez organizację sponsorującą w USA (która to ocenia zgodność planu stażu z kierunkiem studiów i wydaje DS-2019), umówienie się na rozmowę w ambasadzie, zakup biletu lotniczego. W tym czasie obroniłam już pracę magisterską i nie mogłam się doczekać wyjazdu, dosłownie siedziałam na spakowanych walizkach. Na szczęście bez problemu uzyskałam wizę na 18 miesięcy.

A po przylocie…

…od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Na pierwszym spotkaniu mój profesor-opiekun zapytał, czym zawodowo najbardziej się interesuję, a kiedy przyznałam, że jest to psychologia pracy i zarządzanie zasobami ludzkimi, jeszcze tego samego dnia skontaktował mnie ze swoim kolegą – szefem Human Resources! To było dla mnie jak spełnienie marzeń. Odbyłam jeszcze jeden krótki interview i po kilku dniach rozpoczełam staż. Organizacja sponsorująca po upewnieniu się, że dotarłam do pracodawcy więcej się ze mną nie kontaktowała, nie było więc żadnego problemu z ewentualnym wyjaśnianiem zmiany miejsca praktyk.

Nie muszę chyba wyliczać ile się podczas mojego ponad rocznego stażu nauczyłam, naprawde było warto!!! Czy po powrocie krajowi pracodawcy będą się o mnie zabijać – zobaczymy :. Na razie postanowiłam wzbogacić swoje CV o kilka kursów w collegu, ale to już zupełnie inna historia…

Bardzo chętnie odpowiem na wszelkie pytania. Mój adres: meya1@wp.pl

Magda


Historia Natalii: Jak dostałam sie na praktyki letnie w czasie studiów w Nowym Jorku.

Październik 2006.

Poniższy tekst został wyróżniony w konkursie “Jak dostałem się na studia/pracę w USA” 2006.

Do Stanów Zjednoczonych przyleciałam w lipcu 2000 roku w ramach programu Au Pair. Od tego czasu udało mi się dostać i prawie już zakończyc studia w Lehman College (CUNY).

W drodze do uzyskania tytułu licencjackiego z geografii udało mi się także uzyskać certyfikat z GIS (Geograficznych Systemow Informacyjnych). To właśnie ten certyfikat pozwolił mi za zakwalifikowanie się na letnie praktyki szkoleniówe w Departamencie Parków i Rekreacji w Nowym Jorku. W lecie 2005, po ukończeniu z bardzo dobrymi wynikami wszystkich zajęć wymaganych do zdobycia certyfikatu, zostałam polecona przez panią profesor prowadząca departament geografii na mojej uczelni, jako kandydatką do tych właśnie praktyk. Departament Parków już po raz drugi korzystać miał z pomocy studentów przy zbieraniu i organizowaniu danych. Wszyscy kandydaci zostali poproszeni o dostarczenie podania i życiorysu oraz stawienie się na wyznaczoną rozmowę kwalifikacyjną z przedstawicielem Departamentu Parków. W czasie tej rozmowy wyjaśnione zostały zasady uczestnictwa w praktykach oraz obowiązki praktykantów i ogólne zasady organizacyjne, po czym wyselekcjonowano około pięciu studentów.

Moim głównym zadaniem podczas praktyk była lokalizacja, za pomocą specjalnie wyposażonego GPSu, różnego rodzaju obiektów na terenach należących do miejskich parków. Dane te potem były przesyłane do komputera i przetwarzane. Końcowym efektem było stworzenie bazy danych oraz zaprojektowanie map.

Muszę przyznać, że było to dla mnie doskonałe doświadczenie, które z pewnośćią zaowocuje w mojej przyszłej karierze. Oprócz dokładnego zapoznania się z nowym sprzętem i technologiami używanymi dzisiaj w tym zawodzie, nauczyłam się także jak od wewnątrz wygląda praca w amerykanskiej instytucji. Bardzo podobały mi się również stosunki pomiędzy pracownikami oraz zarzadzającymi. Dodatkowym plusem pracy w Departamencie Parków był fakt, że opierała się ona częściówo na pracy w terenie, dostarczając możliwość kilku godzin ‘spaceru po parku’, a częściówo pracy w biurze, zaznajomiając mnie z nowoczesnymi technologiami.

Jedynym minusem był fakt, iż z racji braku wizy studenckiej nie byłam w stanie otrzymać finansowego wynagrodzenia za godziny spędzone na praktykach. Wynagrodzenie takie otrzymali pozostali studenci biorący udział w szkoleniu. Nie miałam natomiast większych problemów z samym zakwalifikowaniem się do programu. Ostatecznie jednak uważam ,że doświadczenie zdobyte tamtego lata jest więcej warte, niż ten czek, którego nie otrzymałam.

Dodatkowo dzięki współpracy pomiędzy moją szkołą a departamentem, doświadczenie zdobyte podczas praktyk zostało tez zaliczone jako zajęcia terenowe i w związku z tym rozluźniło nieco mój szkolny rozkład zajęc w następnym semestrze. Na zakończenie bardzo polecam podjęcie praktyk w ramach zajęć na uczelni. Nawet jeśli nie dostaniecie za nie żadnego wynagrodzenia, opłaca się ze względu na możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego oraz nawiązania kontaktów z osobami w dziedzinie, co może zaowocować w czasie poszukiwania stałej pracy (tzw. networking).

Natalia B.


Historia Koralii: Jak dostałam pracę po studiach w USA

Październik 2006.

Poniższy tekst został wyróżniony w konkursie “Jak dostałem się na studia/pracę w USA” 2006.

Z moimi studiami i pracą w Stanach było tak: nic nie czekało na mnie gotowe, ale wszystko stało sie możliwe. Nie jestem ani wyjątkowo utalentowana, ani wyjątkowo bogata, ani też biedna. Trudno więc byłoby mi się zakwalifikować na jakieś stypendia czy nagrody. Sama więc musiałam do wszystkiego tutaj dochodzić. I doszłam.

Oczywiście jak to w życiu bywa, moje studia, a teraz praca, były wynikiem połączenia pracy (musze przyznać, że dość cieżkiej), szczęścia i, a może przede wszystkim, życzliwych osób, które poznałam na swojej drodze.

Moja historia jest chyba dość typowa. Czasem myśle, że powoli przechodzę wszystkie etapy jakie nowy imigrant ma tutaj do przejścia.

Przyjechałam na wizie J1, na rok, zupełnie nie myśląc o tym, że tutaj zostane. Jednak dzięki pomocy ludzi, których tu poznałam, studia w USA stały się dla mnie możliwe. Najpierw poszłam do Montgomery College, community college w Rockville, Maryland, by po dwóch latach przenieść się na Uniwersytet Maryland w College Park, gdzie skończylam studia z tytułem bakałarza z biznesu (studia na Maryland skończyłam praktycznie w trzy semestry, bo zaliczono mi niektóre przedmioty z polonistyki z Gdanska).

Następnie wykorzystałam możliwość zdobycia doświadczenia będąc na Optional Practical Training. Przez 9 miesięcy pracowałam w Ministerstwie Zdrowia, w biurze zajmującym się współpracą z organizacjami międzynarodowymi takimi jak ONZ, WHO, PAHO, UNICEF i UNESCO.

Niestety mój pracodawca nie mógł mnie sponsorować na wizę pracowniczą. Zaczęły się więc poszukiwania nowej pracy i firmy, która mogłaby mi taką wizę zagwarantować. Pracę znalazłam. O dziwo to właściciel mojej firmy zadzwonił do mnie pytając, czy jeszcze szukam pracy i sponsora, bo właśnie z jego firmy ktoś odchodzi i potrzebują nowej osoby.

Z firmą, o której mowa, miałam już wcześniej kontakt. Podczas studiów miałam dwie praktyki. O obu praktykach dowiedziałam się poprzez ludzi, którzy tam pracowałi. Pierwszą moją praktykę miałam w Senacie, w Komisji Ochrony Środowiska i Robot Publicznych, a drugą w biurze małej, ale bardzo dobrze prosperującej firmy wydawniczej. Tam właśnie teraz pracuję.

Praktyki bardzo polecam. Wiem, że student z zagranicy ma ograniczone możliwośći zatrudnienia, ale praktyki brać może. Może tez wykonywac pracę jako ochotnik, nie przyjmując za to wynagrodzenia. Korzystajcie z okazji, bo to naprawde dobrze wygląda na resume. Gdyby nie moja pierwsza praktyka, myślę, że nie dostałabym pracy w Ministerstwie Zdrowia. A praca ta była dobra i przynosiła mi dużo satysfakcji.

Jeśli nie wywnioskowałiście tego jeszcze z mojej opowieści, chciałabym ponownie podkreślić pewien fakt. Każdą swoją pracę znalazłam dzięki ludziom, których znałam. Nie bezpośrednio, nikt mi niczego nie załatwiał, musiałam przechodzić przez rozmowy kwalifikacyjne, ale niemniej o pracach słyszałam od znajomych, albo ktoś mnie na stanówisko polecał. Pamiętam radę jednej z moich znajomych, kiedy już skonczylam studia, a jeszcze nie miałam pracy: “Powiedz wszystkim, których znasz, że szukasz pracy.” To była niedziela rano, spotykałam się z nią na śniadanie, a potem szłam do polskiego kościoła. Po mszy postanowiłam wcielić w życie dobrą radę i rozmawiając z pewnym panem, którego znałam tylko z widzenia, powiedziałam mu, że szukam pracy. On wprawdzie żadnej pracy dla mnie nie miał, ale jego żona powiedziała, że jej firma zatrudnia i że mam jej przysłać moje resume. Kilka tygodni później miałam pracę, jako bezpośredni wynik tej rozmowy (i tamtego niedzielnego śniadania).

Od póltora roku pracuję dla wydawniczej firmy pod Waszyngtonem. Pracę tą bardzo cenię. Mam bieżacy kontakt z klientami, co jest dla mnie ważne. Moja pozycja jest dość samodzielna, a z drugiej strony mam grono sympatycznych kolegów i koleżanek, na których mogę polegać. Jedna z korzyści pracy dla małej firmy jest jej elastyczność. Często twoje stanówisko jest dostosowywane do ciebie i twoich zdolnośći, a nie odwrotnie. Poza tym biurokracja jest mniejsza niż w dużych firmach.

Co przede mna? Zaczynam sie starac o staly pobyt w Stanach. Mój pracodawca już wyraził zgodę na to, żeby mi w tym pomoc. Wiem, że to długa droga, ale wierzę też, że będzie dobrze. Poza tym mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości pojdę na studia magisterskie. Chcę podejmować następne wezwania i chce się rozwijać.

Wszystkim szukającym pracy, albo zastanawiającym się nad studiówaniem w USA życzę samozaparcia, pracowitości i szczęścia.

Pozdrawiam,

Koralia Malecha
koralia_m@yahoo.com


Historia Magdy: Jak wyjechałam na program Internship 2005

Pazdziernik 2006.

Poniższy tekst został wyróżniony w konkursie “Jak dostałem się na studia/prace w USA” 2006.

Po pierwsze – plan

Pomysł wyjazdu na staż zawodowy do USA chodził mi po glowie od mniej więcej połowy studiów, a im bliżej końca, tym większą miałam motywację, aby się za jego realizację zabrać. Zdawałam sobie sprawę, że aby pokonać ogromna konkurencje na polskim rynku pracy, szczególnie jako osoba świeżo po studiach i bez żadnego doświadczenia, będę potrzebowała jakiegoś mocnego punktu na moim CV. Poza tym mam duszę podróżnika i zawsze ciągneło mnie do głebszego poznania Stanów Zjednoczonych, bo pomimo, że w czasie studiów wyjeżdżałam na program work & travel, to nie udało mi się nigdy zrealizować moich planów dokładnego, wzdłuż i wszerz, zwiedzenia tego kraju. Plany należy realizować, a marzenia spełniać, zaczęłam się więc rozglądać za wszelkimi możliwośćiami wyjazdu.

Od czego by tu zacząć?

Zaczełam od wyszukiwania w internecie biur mających w swojej ofercie programy typu Internship/Trainee/Career Training, a następnie odwiedzałam jedno po drugim, zbierając informację na temat zasad, wymagań i kosztów programu. Warunkiem numer jeden było posiadanie praktykodawcy – znalezionego bądź przez biuro, bądź na własna rękę – który to oferowałby szkolenie ściśle związane z kierunkiem studiów. Wymagany był rownież dobry angielski .

W kilku biurach powiedziano mi już na wstępie, że najlepiej gdybym szukała stażu na własną rękę, dlatego że w mojej dziedzinie – psychologii – jeszcze nikomu praktyk nie załatwiano, więc może to dość długo potrwać. Ja natomiast chciałam wyjechać jak najszybciej, zaraz po obronie i to na maksymalny, osiemnastomiesieczny okres, a dodatkowo interesował mnie tylko Pittsburgh, ponieważ miałam tam rodzinę oraz znajomych.

Postanowiłam więc zacząć szukacćna własną rękę, napisałam porządne CV i list motywacyjny, w którym obok wyjaśniania zasad programu i zapewniania o mojej ogromnej motywacji : wyliczałam rowniez korzyści, jakie z zatrudniania mnie odniesie pracodawca (np. to, że nie będzie musiał płacić wszystkich podatków i ubezpieczenia)

Koszmar poszukiwan

Codziennie przesiadywałam przed komputerem po kilka godzin. Pracowicie wyszukiwałam firmy z mojej dziedziny, przeglądałam ogłoszenia o pracę na amerykanskich portalach, szukałam wszelkich kontaktów, wysyłałam dziesiatki aplikacji. Kazdego dnia z nadzeja na pozytywny odzew otwierałam moją skrzynkę pocztową i codziennie się rozczarowywałam. Prawie nikt nie był zainteresowany, żadna firma nie chciała zatrudnić absolwentki psychologii z Polski…

Średnio na 20 wysłanych aplikacji dostawałam jakąkolwiek odpowiedź, zazwyczaj, że nie prowadzą naboru na praktyki, lub że maja mnóstwo lokalnych studentów-praktykantów, albo ze może w przyszłym roku, że dziękują za aplikację i CV zostanie umieszone w bazie, że się skontaktują itp. Dawałam nawet pracodawcom do zrozumienia, że w gre wchodziłyby również praktyki bezpłatne, na zasadzie wolontariatu, ale to tylko dlatego, że mogłam w USA liczyć na utrzymanie rodzinki.

Niestety metoda szukania przez internet okazywała się mało skuteczna, ale postanwwiłam się nie poddawać, tylko równocześnie szukać praktyki innymi kanałami.

W końcu dopisało mi szczęście…

Znajomości jak wiemy zawsze się przydają. Postanowiłam więc pytać wszystkich znajomych w USA, czy nie znają kogoś, czy może słyszeli o jakiejś instytucji lub firmie, która mogłaby przyjąć mnie na staż. I wtedy właśnie zdarzył sie cud.

Sąsiad kuzyna znajomego brata mojego przyjaciela okazał się profesorem psychologii i obiecał popytać swoich kolegów na uczelni, czy nie potrzebowaliby pomocy przy prowadzonych badaniach. Wysłałam mu więc resume i application letter, skróbnęłam błagalnego maila i w końcu – po kilku tygodniach intensywnych poszukiwań – doczekałam się jakiejś konkretnej odpowiedzi.

Interview jeden i drugi

Dwóch znajomych profesora prowadzilo duże projekty badawcze i obydwoje wyrazili zainteresowanie moją kandydaturą! Skontaktowałam sie z pierwszym z nich i po wymianie kilku maili umówiliśmy się na telefoniczny interview. Profesor zadzwonił punktualnie co do minuty. Rozmowa trwała kilkanaście minut, profesor pytał o to jak dokładnie działa program Internship, chciał żebym powiedziała coś więcej o sobie, o moim wykształceniu, a kiedy wspomiałam ze właśnie kończe pisanie pracy magisterskiej, zaczął mnie o nią dokładnie wypytywać. Najpewniej robił to po prostu z zawodowej ciekawości, nie chciał być upierdliwy, ja jednak powoli zaczynałam sie poćic i zacinać, bo nie byłam na tyle przygotowana, aby płynnym angielskim, zupełnie “na żywca” opowiadać o detalach, profesor jednak był dociekliwy i właśnie detali żądał, a mnie zaczynało brakować slownictwa i już sama nie wiedziałam o czym mówię. Dlatego radzę wszystkim przed interview przygotować sobie listę wszelkich możliwych pytań, które może zadać praktykodawca i wcześniej przećwiczyć odpowiedzi na nie.

Zniechęcona niepowodzeniem postanowiłam nawiązać kontakt z drugim profesorem. Tym razem do rozmowy byłam już swietnie przygotowana i wszystko poszło bardzo gładko, profesor powiedział mi na czym miałaby polegać moja praca i zgodził się, abym przefaksowała mu do wypełnienia wszelkie potrzebne formułarze.

Formalnośći, formalnośći, formalnośći

Potem wszystko potoczyło się w szybkim tempie. Gotowy plan praktyk otrzymany od profesora zaniosłam czym prędzej do biura, ale aby skompletować resztę potrzebnych dokumentów dla organizacji sponsorującej musiałam sie jeszcze nieźle nagimnastykować, wypełnić tysiące formułarzy, napisać kilkaset listów motywacyjnych :, dostarczyć listy referencyjne z kilku różnych źródeł, napisać test z angielskiego, zrobić zdjęcia, uśiścic wszelkie opłaty itp.

Potem pozostało mi kilkutygodniówe oczekwianie na zaakceptowanie planu praktyk przez organizację sponsorującą w USA (która to ocenia zgodność planu stażu z kierunkiem studiów i wydaje DS-2019), umówienie się na rozmowę w ambasadzie, zakup biletu lotniczego. W tym czasie obroniłam już pracę magisterską i nie mogłam się doczekać wyjazdu, dosłownie siedziałam na spakowanych walizkach. Na szczęście bez problemu uzyskałam wizę na 18 miesięcy.

A po przylocie…

…od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Na pierwszym spotkaniu mój profesor-opiekun zapytał, czym zawodowo najbardziej się interesuję, a kiedy przyznałam, że jest to psychologia pracy i zarządzanie zasobami ludzkimi, jeszcze tego samego dnia skontaktował mnie ze swoim kolegą – szefem Human Resources! To było dla mnie jak spełnienie marzeń. Odbyłam jeszcze jeden krótki interview i po kilku dniach rozpoczełam staż. Organizacja sponsorująca po upewnieniu się, że dotarłam do pracodawcy więcej się ze mną nie kontaktowała, nie było więc żadnego problemu z ewentualnym wyjaśnianiem zmiany miejsca praktyk.

Nie muszę chyba wyliczać ile się podczas mojego ponad rocznego stażu nauczyłam, naprawde było warto!!! Czy po powrocie krajowi pracodawcy będą się o mnie zabijać – zobaczymy :. Na razie postanowiłam wzbogacić swoje CV o kilka kursów w collegu, ale to już zupełnie inna historia…

Bardzo chętnie odpowiem na wszelkie pytania. Mój adres: meya1@wp.pl

Magda


Historia Natalii: Jak dostałam sie na praktyki letnie w czasie studiów w Nowym Jorku.

Październik 2006.

Poniższy tekst został wyróżniony w konkursie “Jak dostałem się na studia/pracę w USA” 2006.

Do Stanów Zjednoczonych przyleciałam w lipcu 2000 roku w ramach programu Au Pair. Od tego czasu udało mi się dostać i prawie już zakończyc studia w Lehman College (CUNY).

W drodze do uzyskania tytułu licencjackiego z geografii udało mi się także uzyskać certyfikat z GIS (Geograficznych Systemow Informacyjnych). To właśnie ten certyfikat pozwolił mi za zakwalifikowanie się na letnie praktyki szkoleniówe w Departamencie Parków i Rekreacji w Nowym Jorku. W lecie 2005, po ukończeniu z bardzo dobrymi wynikami wszystkich zajęć wymaganych do zdobycia certyfikatu, zostałam polecona przez panią profesor prowadząca departament geografii na mojej uczelni, jako kandydatką do tych właśnie praktyk. Departament Parków już po raz drugi korzystać miał z pomocy studentów przy zbieraniu i organizowaniu danych. Wszyscy kandydaci zostali poproszeni o dostarczenie podania i życiorysu oraz stawienie się na wyznaczoną rozmowę kwalifikacyjną z przedstawicielem Departamentu Parków. W czasie tej rozmowy wyjaśnione zostały zasady uczestnictwa w praktykach oraz obowiązki praktykantów i ogólne zasady organizacyjne, po czym wyselekcjonowano około pięciu studentów.

Moim głównym zadaniem podczas praktyk była lokalizacja, za pomocą specjalnie wyposażonego GPSu, różnego rodzaju obiektów na terenach należących do miejskich parków. Dane te potem były przesyłane do komputera i przetwarzane. Końcowym efektem było stworzenie bazy danych oraz zaprojektowanie map.

Muszę przyznać, że było to dla mnie doskonałe doświadczenie, które z pewnośćią zaowocuje w mojej przyszłej karierze. Oprócz dokładnego zapoznania się z nowym sprzętem i technologiami używanymi dzisiaj w tym zawodzie, nauczyłam się także jak od wewnątrz wygląda praca w amerykanskiej instytucji. Bardzo podobały mi się również stosunki pomiędzy pracownikami oraz zarzadzającymi. Dodatkowym plusem pracy w Departamencie Parków był fakt, że opierała się ona częściówo na pracy w terenie, dostarczając możliwość kilku godzin ‘spaceru po parku’, a częściówo pracy w biurze, zaznajomiając mnie z nowoczesnymi technologiami.

Jedynym minusem był fakt, iż z racji braku wizy studenckiej nie byłam w stanie otrzymać finansowego wynagrodzenia za godziny spędzone na praktykach. Wynagrodzenie takie otrzymali pozostali studenci biorący udział w szkoleniu. Nie miałam natomiast większych problemów z samym zakwalifikowaniem się do programu. Ostatecznie jednak uważam ,że doświadczenie zdobyte tamtego lata jest więcej warte, niż ten czek, którego nie otrzymałam.

Dodatkowo dzięki współpracy pomiędzy moją szkołą a departamentem, doświadczenie zdobyte podczas praktyk zostało tez zaliczone jako zajęcia terenowe i w związku z tym rozluźniło nieco mój szkolny rozkład zajęc w następnym semestrze. Na zakończenie bardzo polecam podjęcie praktyk w ramach zajęć na uczelni. Nawet jeśli nie dostaniecie za nie żadnego wynagrodzenia, opłaca się ze względu na możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego oraz nawiązania kontaktów z osobami w dziedzinie, co może zaowocować w czasie poszukiwania stałej pracy (tzw. networking).

Natalia B.

natbrzezina@hotmail.com